Czas jako waluta
"Wyścig z czasem" (In Time) Andrew Niccola z 2011 roku miał być dystopijnym kinem akcji. Tymczasem stał się dokumentem ekonomicznym. W świecie filmu walutą jest czas życia. Bogaci gromadzą stulecia w bankach, biedni budzą się z kilkunastoma godzinami na cyfrowym zegarze wszczepionym w przedramię. Will Salas, główny bohater, każdego ranka ma 23 godziny. Musi zarobić więcej czasu, albo umrze. Jego matka biegnąca do syna, by pożyczyć kilka minut, umiera metr przed nim – zabrakło jej sekund. To brutalna, ale potrzebna metafora. Boomersi siedzą na nagromadzonym "czasie". To ich wykupione na własność mieszkania, działki, domy. To rozkręcone w latach 90 biznesy. To ich gwarantowane emerytury, co roku waloryzowane o inflację, której koszty ponoszą pracujący. To system ochrony zdrowia, który jest pochłaniany głównie przez nich. A millennialsi? Żyją jak mieszkańcy filmowego getta – z wypłaty do wypłaty, z miesiąca na miesiąc. Wynajmują klitki za połowę pensji, przelewając swój "czas" (pieniądze z pracy) na konta rentierów. Płacą gigantyczne składki emerytalne, wiedząc doskonale, że system zbankrutuje, zanim oni dożyją swojego wieku odpoczynku. Harują na umowach śmieciowych, budząc się każdego dnia z tymi samymi "23 godzinami" na koncie. Nie budują kapitału. Spłacają długi poprzedniego pokolenia. Raymond Leon, filmowy Strażnik Czasu, ściga Willa nie dlatego, że ten jest złym człowiekiem, ale dlatego, że zagraża stabilności. "By garstka żyła wiecznie, tłum musi umierać" – słyszymy w filmie. To nie jest błąd systemu. To jego fundament. Nasz system emerytalny został zaprojektowany w czasach, gdy na jednego emeryta przypadało pięciu pracujących. Dziś te proporcje się łamią. Za chwilę będzie dwóch pracujących na jednego emeryta. Matematyka nie kłamie. System jest niewypłacalny. Ale jest politycznie nietykalny. Każda próba reformy rozbija się o mur "praw nabytych". Tłumaczenie jest proste: ci, którzy mają czas i siłę głosu (starsi), nie pozwolą sobie niczego zabrać. Ci, którzy płacą (młodsi), mają milczeć i pracować ciężej.
"Jak można tak żyć? – trzeba wcześnie wstawać"
W filmie świat podzielony jest na strefy czasowe. W lśniącym New Greenwich żyją bogaci, nieśmiertelni. W brudnym Dayton – robotnicy żyjący w ciągłym strachu przed zerem na liczniku. Przekroczenie granicy kosztuje miesiące życia. Spójrzmy na nasze miasta. Kamienice w centrach i domy na przedmieściach – strefa boomerów. Mieszkania studenckie i "mikroapartamenty" inwestycyjne na wynajem – strefa millenialsów i Zetek. Przekroczenie granicy? Wkład własny na kredyt. Dwa, trzy lata życia (oszczędności) to minimum, by w ogóle stanąć do wyścigu. Ludzie sięgają po radykalizm, gdy są zdesperowani. Ale skąd desperacja? Bo bogactwo nie jest dziś dystrybuowane według pracy czy talentu, ale według daty urodzenia. Urodzony w 1960? Wygrałeś los na loterii demograficznej. Kupiłeś mieszkanie za równowartość kilkuletnich zarobków. Urodzony w 1990? Przegrałeś. Mieszkanie kosztuje dwadzieścia lat twojej pracy, a twoje podatki idą na utrzymanie tych, którzy mieli łatwiej. To rodzi wściekłość. To nie jest "zły los". To strukturalna kradzież przyszłości. Młodzi to czują, nawet jeśli nie potrafią tego nazwać językiem ekonomii.
"Co pan tu naprawde robi? Chce im wszystko zabrać, zapłacą mi."
Will Salas w akcie desperacji zaczyna kraść czas bogatym i rozdawać go biednym. Zostaje Robin Hoodem. W naszym świecie też pojawiają się "Robin Hoodowie", ale są o wiele bardziej cyniczni. Widząc ten buzujący gniew pokolenia bez przyszłości, populiści i nacjonaliści podsuwają gotowe rozwiązania. Ale zamiast wskazać na wadliwy system, wskazują kozła ofiarnego. "To nie demografia was okrada" – krzyczą – "to imigranci!" "To nie dług międzypokoleniowy was dusi" – przekonują – "to LGBT i gender!" "To nie niewydolność państwa opiekuńczego" – wołają – "to Unia Europejska!" Gniew millenialsów jest uzasadniony. Ale populiści montują na nim wentyl bezpieczeństwa dla systemu. Przekierowują agresję na "Innego". To stara sztuczka. Gdy obywatele orientują się, że chleb drożeje przez nieudolność władcy, władca wskazuje palcem na wioskę obok i mówi: "To oni wam zabrali". Nacjonalizmy i rewizjonizmy historyczne to nie przyczyna obecnego kryzysu. To gorączka. To symptom choroby. Gdy młody człowiek widzi, że uczciwa praca nie daje godności, że kontrakt społeczny został zerwany, szuka kogoś, kto obieca mu, że "wywróci stolik".
"Możecie zakłócić system na pokolenie, może dwa ale i tak nic się nie zmieni, wszyscy chcą żyć wiecznie"
ostrzegał w filmie Weis i miał rację. W hollywoodzkim finale Will i Sylvia rabują bank, rozdają milion lat, a ludzie z getta maszerują na New Greenwich. Happy end? Nie dajmy się oszukać. Philippe Weis słusznie zauważył, że system zawsze dąży do równowagi. Gdy w filmie w getcie przybywało czasu, ceny kawy i biletów rosły tego samego dnia. Inflacja to mechanizm obronny „darwinowskiego kapitalizmu”. Problemem nie są więc ludzie w wieżowcach, ale sama konstrukcja świata, w którym – jak mówił Hamilton – „by garstka żyła wiecznie, tłum musi umierać”. Możesz wymienić obsadę, możesz posadzić w lokomotywie populistę obiecującego darmowe przejazdy, ale tory demografii są już ułożone. Matematyka nie ma serca ani poglądów politycznych. Albo system runie, albo pracujący będą opodatkowani jak niewolnicy.
Siedzę w tym tramwaju, ręka w gipsie pulsuje bólem, a tramwaj zgrzyta na zakręcie. Staruszek nade mną wciąż patrzy. Ale teraz widzę to inaczej. To nie jest Philippe Weis, który chce mnie obrabować. To tylko człowiek, któremu udało się dożyć „wieczności” w systemie, który mi tej szansy odmawia. Jego wina polega tylko na tym, że się urodził w lepszej strefie czasowej. „Gdybyś miał tyle czasu co ja, co byś zrobił?” – pytają w filmie głównego bohatera. „Przestałbym na niego patrzeć” – odpowiada spoglądając na licznik. Więc przestaję. Wstaję i ustępuję mu miejsca. Nie z szacunku, z rezygnacji.
PS.
Wiem, że te słowa bolą. Miały boleć. Nie dlatego, że chcę obrazić mojego sąsiada z tramwaju — ale dlatego, że chcę, żebyśmy wreszcie popatrzyli sobie w oczy zamiast odwracać wzrok.
To nie jest wina boomersów. Oni nie projektowali demografii, nie układali tych torów. Wygrali w loterii urodzeniowej — tak jak ja w niej przegrałem. Nikt z nas nie wybierał strefy czasowej, w której się urodził.
Ale lepiej już było. I jeśli tego nie nazwiemy, ktoś inny nazwie za nas. Już nazywa. Przekierowuje gniew tam, gdzie łatwiej — na obcych, innych, słabszych. Może coś z tym zrobimy?
Wydawca portalu Kulturalnie.waw.pl Tomasz Kalka