Cztery żywioły na planecie wszystkich darów

Cztery żywioły na planecie wszystkich darów

Wychodzę z kina z trzeciej części Avatara (Ogień i popiół). Światła korytarza biją po oczach po trzech godzinach bioluminescencji. Ludzie wokół mnie wkładają kurtki, sprawdzają telefony, wracają do siebie. A ja stoję i nie mogę ruszyć.

Dopiero teraz dostrzegam strukturę, której nie zauważyłem w ciemności sali.

Cztery żywioły

Pierwsza część Avatara to była ziemia. Las. Korzenie. Tradycja. Równowaga. Kult przodków przy Drzewie Głosów. Omaticaya żyjący w zgodzie z cyklem natury. Tak wygląda Pandora, kiedy wszystko działa jak powinno.

Druga część to była woda. Metkayina. Ocean. Tulkuni i ich droga. Nadstawianie policzka. Cierpliwość. Pokora. Pacyfizm wynikający nie ze słabości, ale z mądrości – bo przemoc rodzi przemoc, a oni widzą dalej niż jedno pokolenie.

Trzecia część to ogień. I popiół. Tak brzmi podtytuł. Plemię ognia. Varang. Szał bojowy. Zemsta. Ekstaza zniszczenia. Kiedy ani równowaga ziemi, ani cierpliwość wody nie wystarczą – zostaje tylko płomień.

Ziemia, woda, ogień.

A powietrze?

Ludzie nieba. Sky people.

My jesteśmy czwartym żywiołem.

Kondycja powietrza

Pomyślcie o tym. Powietrze jest efemeryczne. Ulotne. Chwiejne. Nie możesz go złapać, nie możesz go zatrzymać. Jest wszędzie i nigdzie. Nie ma korzeni jak ziemia. Nie ma głębi jak woda. Nie ma siły jak ogień.

Ale powietrze jest wolne.

Powietrze jest niedookreślone. Pełne potencjału. Może stać się wiatrem, który niesie nasiona. Może stać się burzą, która niszczy. Może stać się oddechem, który daje życie. Albo trucizną, która zabija.

Nasza kondycja – ta ludzka kondycja dopowiadania, zgadywania, budowania mostów ze słów jest kondycją powietrza. Nic nie jest pewne. Nic nie jest zakorzenione. Wszystko może się zmienić.

Dwa lata temu napisałem interpretację pierwszego Avatara. Twierdziłem wtedy, że Na'vi nie potrzebują nadziei, bo wszystkie dary zostały na ich planecie. Eywa odpowiada, kiedy pytasz. Przodkowie żyją w sieci. Śmierć jest przejściem, nie końcem. Dla Na'vi – pisałem – wiara nie wymaga wiary. Wymaga tylko wzroku.

My, ludzie nieba, nie widzimy. Musimy wierzyć. Musimy dopowiadać. Musimy budować teologie i filozofie, bo nie mamy tsaheylu do Boga.

Na Pandorze NATURA = KULTURA. Nie potrzeba nadbudowy.

Jake Sully jest powietrzem, które chciało stać się ziemią. Przyleciał na Pandorę, zakochał się, przeszedł rytuał, zmienił ciało. Wybrał zakorzenienie.

Ale czy naprawdę przestał być powietrzem?

Apostaci z doświadczenia

Trzecia część pokazuje coś, czego się nie spodziewałem. Pokazuje zwątpienie na planecie, gdzie wątpić nie trzeba.

Plemię ognia odwróciło się od Eywy. Nie dlatego, że wątpią w jej istnienie – wiedzą, że istnieje, czuli ją przez tsaheylu. Odwrócili się, bo Eywa ich zawiodła. Kiedy płonęli, kiedy umierali – cisza. Żadnej pomocy. Żadnego znaku.

To są apostaci z doświadczenia, nie z rozumu. Nie mówią: „Eywa nie istnieje". Mówią: „Eywa nas porzuciła".

To jest Hiob, który nie dostał finałowej rozmowy z Boga z wichru. Hiob, który czekał na teodyceę* – i cisza.

(*obronę boskiej dobroci pomimo istnienia zła)

Jak to możliwe? Jak można wątpić na planecie, gdzie bóg jest weryfikowalny empirycznie?

A jednak.

Wiedza nie wystarcza. Można WIDZIEĆ i nadal czuć się porzuconym. Można WIEDZIEĆ, że Eywa istnieje – i nadal pytać: dlaczego milczysz?

Jake wraz z rodziną rozpaczają nad śmiercią syna. Neteyam zginął. Ten syn, który robił wszystko dobrze. Który był posłuszny. Który był wojownikiem. Jake WIE, że świadomość Neteyama jest teraz częścią Eywy. To nie jest kwestia wiary, to fakt. Można się podłączyć do Drzewa Dusz i usłyszeć zmarłych. Film rozpoczyna się od wspólnej „przejażdżki" braci. Neteyam pyta się brata jak zginął! I udziela wybaczenia.

A mimo to Lo'ak cierpi. Jake cierpi. Mimo to żałoba. Mimo to Neytiri domaga się zemsty, nie pogodzenia.

Powietrze w ciele Na'vi – nadal powietrze.

Harley Quinn

Varang. Kobieta z plemienia ognia. Quaritch – łowca, wróg, morderca jej ludu – leży otumaniony. Varang wydobywa z niego prawdę. Opowiada jej o broni, o zniszczeniu, które może siać z jej pomocą. O mocy, którą jej da.

I ona mówi do niego: „Widzę cię."

„Oel ngati kameie." Pozdrowienie Na'vi. Słowa, które znaczą: widzę twoją duszę. Widzę, kim naprawdę jesteś.

Ale ona mówi to do mordercy. Do wroga. Do kogoś, kto oferuje jej przemoc.

Jest w tym ekstaza.

Jej tsaheylu jest otwarte – ale tylko na jedno. Na ogień. Na zniszczenie. Eywa ją zawiodła, więc Varang znalazła innego boga – boga, który nie milczy, boga, który daje broń.

Patrząc na nią, myślę o Harley Quinn. Nie o dziewczynie złoczyńcy – o kimś, kto sam wybrał szaleństwo. Kto odkrył, że chaos jest atrakcyjniejszy niż porządek. Że nienawiść jest prostsza niż miłość. Że ogień jest prostszy niż budowanie. Varang hipnotyzuje jak płomień – nie możesz oderwać wzroku, nawet gdy wiesz, że parzy.

Varang nie wątpi tak jak plemię ognia. Ona się nie odwróciła od Eywy z rozpaczy. Ona znalazła nową wiarę – wiarę w siłę. W zemstę. W ten moment, kiedy wróg płonie i ty czujesz, że żyjesz. W siebie. Brzmi znajomo? Popiół ulatuje do nieba i miesza się z powietrzem.

Nadstawiony policzek

Zanim ogień, była woda. Tulkuni. Cywilizacja wielorybów. Filozofowie oceanu, którzy wybrali pacyfizm nie z naiwności, lecz z mądrości. Ich Droga mówi: nie zabijaj, nawet w obronie własnej. Bo przemoc rodzi przemoc, a oni widzą dalej niż jedno pokolenie.

Kazanie na Górze zapisane w pieśniach wielorybów.

I to działa. Przez wieki.

Aż przylecieli ludzie nieba z harpunami.

Tulkuni nadstawiają policzek. Nie walczą. Giną. Krew barwi ocean. Dzieci są ćwiartowane na ambrę – substancję, która powstrzymuje starzenie.

Czy wierzysz w swoje zasady, kiedy cena to eksterminacja? Czy nadstawiasz policzek, kiedy ten policzek będzie ostatnim?

Znam tę logikę. To jest logika chrześcijańska. Logika Jezusa. Jego królestwo nie jest z tego świata, więc można umierać – bo śmierć nie jest końcem. Jest coś dalej. Cierpienie ma sens, bo prowadzi do czegoś większego.

Ale Na'vi nie mają królestwa gdzie indziej.

I tu jest coś, co łatwo przeoczyć. Na'vi nie mają eschatologii w naszym sensie. Nie mają nieba, do którego odejdą sprawiedliwi. Nie mają piekła dla grzeszników. Nie mają obietnicy innego świata.

Ich „niebo" – Eywa, Drzewo Dusz, świadomość przodków – jest fizyczne. Jest tu, na tej planecie, w tej biosferze. Kiedy Na'vi umiera, jego świadomość wraca do Eywy. Ale Eywa jest planetą. Eywa jest siecią korzeni i neuronów, która oplata Pandorę.

Jeśli planeta zginie – zginie wszystko. Nie tylko żywi. Także martwi. Także przodkowie. Także to, co my nazywamy duszą.

Zagłada Pandory to nicość. Totalna, ostateczna, bez nadziei na cokolwiek po drugiej stronie.

Skoro stawka jest tak wysoka, to i decyzje muszą być adekwatne. Na Pandorze nadstawianie policzka to współudział, nie heroizm.

Wypuśćie mnie!

Quaritch: Antagonista, łowca, wróg. A jednak zaczął przejawiać cechy villain recover hero już w 2 części. Moim zdaniem najbardziej tragiczna figura całej serii.

Pomyślcie, co mu zrobili. Zabili go w pierwszej części. Potem wskrzesili ale nie w ludzkim ciele. W ciele Na'vi. W ciele wroga, którym gardził. Wgrali mu wspomnienia starego Quaritcha jak program do nowego sprzętu. I wysłali na polowanie.

Jake dostał ciało Na'vi i CHCIAŁ się zmienić. Przeszedł rytuał. Został przyjęty. Wybrał Pandorę. Jego immersja była dobrowolna – droga w jedną stronę.

Quaritch dostał ciało Na'vi i NIE PROSIŁ o to. Ma tsaheylu – i co z tego? Ma nowe zmysły, nową biologię – i co z tego? Jego tożsamość została wgrana. Wojownik. Łowca. Maszyna.

A jednak Pandora go dotyka. Jest taka scena, krótka rozmowa z Jakiem, w której widać, że zaczyna szanować ten świat, który miał zniszczyć. Jego nowe ciało nie jest tylko narzędziem. Ono go zmienia.

I ma syna. Spidera. Jedyny most między tym, kim był, a tym, kim mógłby być.

Ale Quaritch nie potrafi przejść tego mostu.

W moim poprzednim tekście o Avatarze pisałem o immersji – o tym bólu przebudzenia, kiedy wracasz do ciała, które przez chwilę było tylko kotwicą. Jake to znał. Każde przebudzenie w laboratorium było stratą. Ale Jake mógł się wybudzić.

Quaritch nie może.

Ma ciało Na'vi – ale wgraną tożsamość człowieka. Czuje Pandorę – ale pamięta, że jej nienawidził. Dotyka syna – ale wie, że to nie jest jego syn, tylko kopia wspomnień kogoś, kto umarł.

Nie ma przycisku wyjścia. Oryginał nie żyje. Nie ma dokąd wrócić. To nie jest immersja – to wyrok.

Powietrze wtłoczone w ziemię siłą. Hybryda, która nie należy do żadnego żywiołu.

I wybiera jedyne wyjście, które mu zostało. Samobójstwo Quaritcha było jak reset zbugowanego programu. Utknął w grze, której nie chciał grać. Przerwijcie tę grę!

Cisza Eywy

Jake ma przed sobą Spidera. Człowieka. Syna swojego wroga. Dzieciaka, który go ocalił. Który jest niewinny.

I który może oddychać bez maski.

Eywa dokonała cudu umożliwiając mu oddychanie toksycznym dotychczas dla ludzi powietrzem. Ale ten cud ma drugą stronę. Jeśli ludzie mogliby tu normalnie żyć, bez masek, bez baz, bez sztucznego powietrza – przylecieliby w jeszcze większej liczbie. Wyeksploatowaliby planetę do cna.

Spider, ten niewinny chłopak, jest żywym dowodem, że kolonizacja jest możliwa.

Nóż w dłoni. Decyzja do podjęcia.

Jedno życie – cała planeta. Niewinność chłopca – przetrwanie świata.

I Jake czeka na znak.

Czeka, aż Eywa – ten bóg, którego WIDZIAŁ da mu wskazówkę. Powstrzyma rękę. Powie: nie zabijaj. Albo: zabij. Cokolwiek. Jakikolwiek sygnał z zewnątrz.

Cisza.

Eywa milczy.

Ale Eywa milczy nie dlatego, że jej nie ma. Eywa nie jest Bogiem Abrahama jakiego znamy z biblii. Milczy, bo to nie jest jej decyzja. Eywa może dać Spiderowi płuca, które oddychają jej powietrzem. Eywa może odmienić biologię. Ale Eywa nie powie Jake'owi, czy ma zabić.

I Jake musi wybrać sam.

To jest kondycja człowieka. Że oczekuje tego znaku, natchnienia. I że go nie dostaje. Musi dopowiedzieć. Doczuć. Samotnie.

Jaka planeta, taki Mesjasz

Jest w filmie postać, która ma inną kondycję niż Jake. Kiri.

Jest córką Eywy. Dosłownie. Z woli bóstwa, bez ojca, poczęła się w ciele martwego awatara Grace Augustine. Narodziny dziewicze. Wcielenie.

Cameron nawet nie ukrywa tropów. Kiri ma epilepsję – „świętą chorobę" starożytnych. Ma wizje. Rozmawia z Eywa tak, jak nikt inny nie potrafi. Inne Na'vi muszą się podłączać przez tsaheylu – ona po prostu czuje całą biosferę jak własne ciało.

Jest mesjaszem Pandory.

I teraz patrzmy, co robi mesjasz, kiedy przychodzi zło.

Jezus na krzyżu mówi: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią." Nadstawia policzek. Umiera. Zbawia przez ofiarę, nie przez miecz. Jego królestwo nie jest z tego świata.

Kiri przy statku wielorybników mówi: dość.

I obraca ocean przeciwko nim.

Mesjasz, który nie musi umierać

Przez dwa tysiące lat opowiadamy sobie historię o Bogu, który stał się człowiekiem, miał moc i jej nie użył. Mógł zstąpić z krzyża – i nie zstąpił. Mógł wezwać legiony aniołów – i nie wezwał.

Ale – i tu się zatrzymuję – czy Jezus naprawdę miał moc?

My piszemy z kondycji świata, w którym cuda się nie dzieją. W którym modlitwa nie przynosi fizycznej odpowiedzi. W którym nikt nie zstępuje z krzyża.

Historia Jezusa skończyła się tak, jak kończyły się tysiące historii buntowników przeciw Rzymowi – śmiercią na narzędziu tortur przy drodze.

A potem musieliśmy sobie dopowiedzieć. Zmartwychwstanie. Odkupienie. Sens cierpienia.

To są nasze protezy. Protezy sensu w świecie, który go nie daje. Budujemy teologię, bo nie mamy tsaheylu. Wierzymy w życie wieczne, bo to jedyne, co możemy zrobić z faktem śmierci.

Nasza religia wyrasta z naszej bezsilności.

Nasz Jezus jest Mesjaszem planety bez darów. Planety powietrza.

Kiri nie musi wierzyć, że ma moc. Ona ma moc. Fizycznie, empirycznie, weryfikowalnie. Woła morskie stworzenia – przychodzą. Kieruje rafą – rafa odpowiada. To nie jest cud w naszym rozumieniu. To jest biologia.

Kiri jest mesjaszem planety, która ma wszystko. I jej królestwo JEST z tego świata – z tej rafy, z tego oceanu, z tej biosfery. Kiedy ktoś przychodzi je niszczyć, nie nadstawia policzka.

I – to jest kluczowe – nie cierpi z tego powodu.

Kiri nie waha się. Kiri nie przeżywa dylematu. Dla niej to nie jest tragiczny wybór między pacyfizmem a przemocą. To jest oczywistość. Jak odpowiedź immunologiczna organizmu na infekcję.

Widownia cieszy się razem z nią.

Przez trzy godziny Cameron tak głęboko wmontował nas w perspektywę Pandory, że kibicujemy zagładzie własnego gatunku. Siedzimy w fotelach i dopingujemy morskie stworzenia rozrywające ludzi. Czujemy satysfakcję, kiedy statki toną. To MY jesteśmy rakiem – i chcemy, żeby rak przegrał.

Jake musi dopowiadać, bo jest powietrzem w ciele Na'vi.

Kiri nie musi, bo jest ziemią, wodą, ogniem i powietrzem jednocześnie. Jest Pandorą w ciele Na'vi. Ma wszystkie dary.

Jaka planeta, taki mesjasz.

Zataczamy koło

I wracamy na Ziemię.

U nas nie ma wszystkich darów. Nasza puszka Pandory została otwarta – dary uciekły, zostały choroby, wojny, trudy, śmierć. I nadzieja. Jedyna rzecz na dnie.

Nasz Jezus nie mógł wezwać legionów. Nie mógł obrócić biosfery przeciw Rzymianom. Mógł tylko umrzeć i zostawić nam historię do interpretacji. Uszlachetnić.

My, ludzie nieba, zostajemy z tym, co mamy.

Z pytaniami bez odpowiedzi. Z wyborami, które bolą. Z nadzieją, która jest jedynym darem. Może najważniejszym.

Bo nadzieja to dar dla tych, którzy nie widzą.

A my nie widzimy.

 

PS.

To jest mój pierwszy felieton pisany na gorąco, zaraz po wyjściu z kina. Notatek robić nie mogłem. Ciemno było. Piszę z pamięci, z wrażenia, z tego, co zostało po trzech godzinach w fotelu.

Przez większość seansu kibicowałem zagładzie własnego gatunku. Cieszyłem się, kiedy statki tonęły. Dopingowałem morskie stworzenia. Byłem z Kiri, nie z ludźmi.

I dopiero teraz, pisząc te słowa, zaczynam rozumieć, co mi Cameron zrobił.

Wmontował mnie w perspektywę Pandory. Dał mi przez trzy godziny kondycję, której nie mam. Pozwolił mi poczuć, jak to jest nie wątpić. Jak to jest wiedzieć, że masz rację. Jak to jest być częścią czegoś większego, co cię prowadzi.

A potem włączyły się światła. I wróciłem do siebie.

Do pytań bez odpowiedzi. Do znaków, które nie przychodzą. Do planety, na której Bóg milczy.

Immersja prysła.

Może dlatego wyszedłem z kina i nie mogłem się ruszyć. Nie dlatego, że film był piękny – był. Nie dlatego, że był mądry – był.

Dlatego, że przez chwilę byłem gdzie indziej. I musiałem wrócić.

 

Wydawca portalu Kulturalnie.waw.pl Tomasz Kalka

Wesprzyj Alicję rozliczając PIT

PS od człowieka za klawiaturą:

Siedzę przed ekranem. Kursor miga. Właśnie skończyłem pisać tekst, który może coś w Tobie poruszył. Albo nie. Nie wiem.

Wiem natomiast, że moja córka Alicja ma zespół delecji 22q11 (Di George'a). To taka genetyczna loteria, na którą nie miała wpływu. Wymaga rehabilitacji, różnych terapii, logopedy, często szpitali. Miała już dwie operacje związane z rozszczepem podniebienia, czekają ją kolejne. Wszystko po to, by dać jej szansę na normalną mowę i normalne życie. Ma tę szansę, ale potrzebuje wsparcia.

Jeśli moje teksty coś Ci dają – przemyślenia, irytację, cokolwiek – możesz to docenić, wspierając Alę. Albo nie. To też jest okej. Dziękuję!

1,5% podatku:

W formularzu PIT wpisz numer: KRS 0000037904
W rubryce „Informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1,5%" podaj: 39939 Kalka Alicja
lub rozlicz pit online

Darowizna bezpośrednia:

Konto: 42 2490 0005 0000 4600 7549 3994
Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
Tytułem: 39939 Kalka Alicja darowizna na pomoc i ochronę zdrowia