Zjadłbym Obcego. Albo on mnie. Anihilacja

Zjadłbym Obcego. Albo on mnie. Anihilacja

Siedzę nad miską hummusu z pieczonym kalafiorem. Czuję się dobrze. Czuję się etycznie. W tle lecą wiadomości – znowu te same obrazki: płonące lasy, topniejące lodowce, przyklejeni do asfaltu aktywiści. Ludzie kiwają głowami z troską. Mówią: „Musimy ratować Planetę” „Musimy powstrzymać zmiany”. Etykietują się jako progresywni, nowocześni, otwarci.

A ja patrzę na ten mój kalafior i nagle czuję, że coś tu potwornie zgrzyta. Że bierzemy udział w gigantycznym spektaklu zbiorowego narcyzmu. Bo co jeśli ekologia to wcale nie jest ruch postępowy? Co jeśli to najbardziej konserwatywna ideologia w historii ludzkości? A w ogóle to kto tu kogo zjada panie Kalafior?  

Zjadanie i bycie zjadanym to ten sam proces, oglądany z różnych prędkości.

Rak to też życie

W filmie „Anihilacja" Alexa Garlanda Lena grana przez Natalie Portman wchodzi do strefy zwanej „Iskrzeniem". Coś tam spadło z kosmosu. Ale nie niszczy świata laserami jak w „Dniu Niepodległości". To coś... zmienia. DNA zwierząt miesza się z roślinami. Ludzie zamieniają się w grzyby. Aligator ma zęby rekina. Jelenie kwitną kwiatami z poroża.

Dla bohaterów filmu to horror. Nazywają to rakiem. Chcą to zniszczyć, spalić, powstrzymać. Ale jest tam jedna scena – podczas przesłuchania na końcu filmu – gdy Lena mówi coś, co mrozi krew w żyłach, ale jest absolutnie prawdziwe. Przesłuchujący upiera się, że obcy „świadomie niszczył nas i nasze środowisko". A ona odpowiada spokojnie: „Wcale nie. Nie niszczył. Zmieniał. Tworzył coś nowego".

My, ludzie, zachowujemy się dokładnie jak ten kosmita. Zmieniamy klimat. Mieszamy ekosystemy. Przerabiamy biosferę. Tworzymy coś nowego – nie ze złośliwości, nie z planu, po prostu robiąc swoje. A ekolodzy? Ekolodzy zachowują się jak ten przesłuchujący – upierają się, że to „niszczenie", próbują powstrzymać, nie widzą, że to po prostu kolejna transformacja.

I nie jesteśmy nawet wyjątkowi w tej roli niszczycieli świata.

Około 2,4 miliarda lat temu sinice wpadły na genialny pomysł: fotosyntezę. Zaczęły pompować do atmosfery toksyczny, żrący gaz. Ten gaz wymordował prawie całe ówczesne życie na Ziemi. Zrobił czystkę totalną. Ten gaz to tlen, którym teraz oddychamy. Dla ówczesnych beztlenowców sinice były gorsze niż my. Były Iskrzeniem.

Albo trawa. Myślimy o niej jako o czymś niewinnym. Ale trawy to piromani – zaprojektowane tak, by wysychać, płonąć, wypalać konkurencję i odrastać z kłączy, zanim lasy zdążą się podnieść.

My jesteśmy po prostu kolejną iteracją tego wzorca. Kolejnym Iskrzeniem. Ziemia przeżyła sinice, przeżyła trawę, przeżyje nas. Pytanie tylko, czy MY przeżyjemy siebie.

I tu jest haczyk. Ekolodzy patrzą na zmiany klimatu i krzyczą: „Stop!". Ale dlaczego? Bo martwią się o Ziemię? Bzdura. Ziemia ma to gdzieś. Ekolodzy martwią się o status quo. Walczą o to, żeby temperatura utrzymała się w tym wąskim, wygodnym dla ssaków naczelnych przedziale, do którego przywykliśmy przez ostatnie 10 tysięcy lat.

Jedyni znani nam kosmici

I tu dochodzimy do mojego talerza z kalafiorem. Szczycimy się naszym wegetarianizmem. Uważamy go za wyższy stopień rozwoju moralnego. „Nie jem niczego, co ma oczy", „Nie jem niczego, co ucieka". Brzmi szlachetnie, dopóki nie zastanowimy się, czym jest ta granica.

Jest ślepotą na obce tempo życia.

Jemy rośliny nie dlatego, że są mniej czujące, ale dlatego, że ich krzyk jest poza zakresem naszego słuchu – zbyt wolny, zbyt chemiczny, zbyt rozproszony w przestrzeni. Rośliny to jedyni naprawdę znani nam kosmici. Żyją w zupełnie innej skali czasowej. „Myślą" chemicznie przez korzenie i grzybnię. Las to pole bitwy w zwolnionym tempie, gdzie drzewa trują się nawzajem toksynami przez dekady, a my widzimy tylko „spokojną naturę".

Las komunikujący się przez grzybnię to dosłownie biologiczny internet działający na zasadach tak obcych naszemu pojmowaniu komunikacji, że dopiero teraz zaczynamy to dostrzegać. Wood Wide Web – sieć, w której drzewa-matki karmią młode sadzonki, ostrzegają przed szkodnikami, a umierające osobniki przekazują swoje zasoby następnemu pokoleniu. Roślina to organizm bardziej obcy niż cokolwiek, co wymyśliło Hollywood.

A jednak leży na moim talerzu, polana oliwą i posypana kuminem.

Krzemowe głazy

Wyobraźcie sobie, że lądujemy na innej planecie. Spotykamy formy życia oparte na krzemie. Wielkie, myślące głazy. Ich jeden „wdech" trwa tydzień. Jedna myśl – rok. Dla nas wyglądałyby jak kamienie. Zaczęlibyśmy je kruszyć, mielić i budować z nich bazy, zanim zorientowalibyśmy się, że popełniamy ludobójstwo.

Zjedlibyśmy obcą cywilizację tylko dlatego, że nie pasowała do naszego tempa.

A co jeśli my jesteśmy tymi krzemowymi głazami? Co jeśli kiedyś wyląduje tu coś, dla czego MY będziemy kalafiorem – formą życia zbyt szybką, zbyt lokalną, zbyt biologiczną, żeby ją rozpoznać?

I tu wracam do „Anihilacji". Bo Garland nakręcił dokładnie tę historię.

Kosmita buduje bazę

Iskrzenie spada na Ziemię. Zaczyna robić to, co robi – załamywać światło, mieszać DNA, przekształcać wszystko, czego dotknie. Wysyłamy ekspedycje. Żadna nie wraca. Ludzie wchodzą i znikają. Albo wracają zmienieni, jak mąż Leny – Kane – który nie pamięta niczego i nie jest pewien, czy jest jeszcze sobą.

Co robi kosmita? Z naszej perspektywy – niszczy. Mutuje. Zabija.

Ale z jego perspektywy?

Kosmita robi dokładnie to, co my byśmy robili na obcej planecie. Widzi interesujące struktury biologiczne. Zaczyna je przekształcać, mieszać, badać. Buduje swoją „bazę" z naszego DNA tak, jak my budowalibyśmy kolonie z krzemowych skał. Dla niego jesteśmy kalafiorem – formą życia, której nie rozpoznaje jako świadomej. Jesteśmy za szybcy? Za lokalni? Za biologiczni? Nie wiemy. Wiemy tylko, że nas nie widzi.

Niedźwiedź, który ryczy ludzkim głosem martwej Sheppard i krzyczy „pomóż mi" – to nie jest okrucieństwo. To jest eksperyment.

Moment rozpoznania

A potem dzieje się coś nieoczekiwanego.

Lena dociera do latarni. Spotyka kosmitę w jego „prawdziwej" formie – pulsującej, lustrzanej postaci, która naśladuje każdy jej gest. Kosmita bawi się nią. Przedrzeźnia. Nie rozumie jeszcze, że ma do czynienia z czymś więcej niż ciekawą strukturą biologiczną.

I wtedy Lena robi coś, czego kosmita nie przewidział. Oszukuje go.

Wykorzystuje fakt, że ją naśladuje. Aktywuje granat. Wręcza mu go. I patrzy, jak wybucha.

To jest moment rozpoznania. Kosmita w pierwszej chwili nie umiera – widzimy, jak płonie, ale jakby... pozwalał temu się dziać. Jakby był ciekaw tego nowego doświadczenia. Jakby właśnie zrozumiał coś fundamentalnego.

Te szybkie struktury biologiczne – one MYŚLĄ, one CZUJĄ. One mają intencje. Potrafią planować. Potrafią kłamać. To nie są kamienie do mielenia. To nie jest kalafior.

Zmiana strategii

I co robi kosmita, gdy to zrozumie?

Film daje nam odpowiedź w ostatniej scenie. Lena spotyka Kane'a. Pyta go: „Nie jesteś Kaynem, prawda?". On odpowiada: „Nie sądzę". A potem przytulają się – i widzimy, że oczy obojga lśnią tym samym nieludzkim blaskiem.

Standardowa interpretacja: obaj są „opętani", kosmita wygrał, ludzkość przegrała.

Ale jest inna możliwość. Kosmita nie mógł cofnąć szkód – ludzie zginęli, strefa została zniszczona. Ale mógł zmienić sposób obserwacji. Oczy Leny i Kane'a lśnią, bo kosmita tam jest. Ale żyją. Funkcjonują. Może nawet kochają się dalej – widzimy, jak się przytulają. Kosmita nauczył się dość, by zrozumieć, że ma do czynienia z życiem wartym uwagi. Zjedzenie nas od razu byłoby marnotrawstwem, okrucieństwem, czy czym tam się kieruje akurat ten gatunek kosmitów.

Kalafiorowa logika

Wszystko jest kwestią perspektywy, nielogiczne rzeczy zwykle nabierają sensu jeśli patrzeć na nie z odpowiedniej odległości.

Bo to nie jest historia o kosmicie, który „okazał się etyczny" i „oszczędził ludzkość z dobroci serca". To jest historia o kosmicie, który zmienił strategię. Tak jak my zmieniamy strategię wobec kalafiora.

Kalafior „wie" (ewolucyjnie), że będzie zjedzony. I ma to w projekcie. My zjadamy 90% kalafiorów, ale te 10% które zostawiamy na nasiona, będziemy pielęgnować, podlewać, chronić przed szkodnikami. Dla kalafiora jako gatunku – to jest wygrana. Śmierć jednostki, sukces populacji.

Kosmita patrzy na nas i myśli (o ile w ogóle „myśli" w naszym sensie): ciekawe. Szkoda to od razu zjeść. Może te istoty zrobią coś interesującego, jeśli dam im czas? Może warto je hodować?

Jesteśmy potencjalnie kalafiorem kosmity.

Wańka-wstańka

W „Anihilacji" jest scena, gdy botaniczka patrzy na zmutowane rośliny i mówi: „To piękne". Reszta grupy patrzy na nią jak na wariatkę. Ale ona ma rację.

To, co widzimy w Iskrzeniu, to przyspieszony obraz tego, co dzieje się zawsze – ciągłe mieszanie, mutowanie, wymieranie i odradzanie. Życie to system, który MUSI się przewracać, żeby istnieć. Wymierania i eksplozje populacji, pustynie i dżungle, epoki lodowe i tropikalne. Wańka-wstańka – ciągłe kołysanie.

Ekologia chce zatrzymać wańkę-wstankę w pozycji pionowej. Ale to nie jest równowaga – to rigor mortis. My chcemy zatrzymać wahadło, bo akurat teraz wisi nad naszymi głowami w wygodnej pozycji.

I tu najlepsza ironia: rośliny, te „obce", są z tym pogodzone. One nie mają ego, które krzyczy „nie chcę umrzeć!". One po prostu... są. Replikują się. Mutują. Giną. Wracają. My, z naszą świadomością i strachem przed śmiercią, jesteśmy ewolucyjnym wypadkiem przy pracy. Jedynym gatunkiem, który wymyślił sobie, że może „naprawić" system, który nie jest zepsuty.

Iskrzenie jest tutaj od zawsze

Na końcu filmu bohaterka nie jest już pewna, czy jest sobą, czy obcą formą. Jej oczy się mienią. Shimmer – ta obca siła – nie jest już gdzieś tam, w strefie. Jest w niej. W jej DNA. W każdej komórce.

I może to jest prawda o nas wszystkich.

Myślimy, że walczymy z „nienaturalnymi" zmianami, ale spójrzmy w lustro. Jesteśmy częścią natury. Nasze wieżowce są tak samo naturalne jak termitiery. Nasz plastik jest tak samo naturalny jak ropa naftowa, która jest przecież przetworzonym planktonem sprzed milionów lat. Nasze miasta to rafy koralowe ssaków. Nasze farmy to symbiotyczne kolonie człowiek-roślina, gdzie nie wiadomo już, kto kogo wykorzystuje.

Może naszą rolą w ewolucji nie jest bycie „ogrodnikami", którzy mają utrzymać Ziemię w stanie wiecznego Edenu. Może naszą rolą jest bycie katalizatorem? Tym meteorytem, tą sinicą, która anihiluje, żeby mogło powstać coś nowego?

Iskrzenie nie przyszło z kosmosu. Iskrzenie jest tutaj od zawsze. My jesteśmy Iskrzeniem.

Kalafior i kosmos

Patrzę na kalafior. Jest dziwny, jeśli się zastanowić. Fraktalny. Samo-podobny w każdej skali. Jak Romanesco – ten wariant, który wygląda jak matematyczna wizualizacja. To nie jest normalne. To jest kosmicznie obce. A jednak leży na moim talerzu.

Zjadam go. Bez poczucia winy. Ale i bez poczucia wyższości.

To tylko transfer energii w zimnym, obojętnym, ewoluującym wszechświecie. Energia, która była słońcem, stała się rośliną, stanie się mną, a potem – czym? Bakteriami w jelitach? Ciepłem rozproszonym w przestrzeni? Węglem w glebie, który za milion lat stanie się ropą, którą ktoś spali, wypuszczając moje atomy z powrotem w obieg?

Może kiedyś przyleci ktoś, kto zacznie budować z nas bazę. Może – jeśli będziemy mieli szczęście – zorientuje się w porę, że krzyczmy. Że myślimy. Że warto nas hodować zamiast mielić.

A może nie.

I to też będzie w porządku. Z perspektywy wszechświata. Z perspektywy wańki-wstańki.

Tylko nie z naszej.

PS. Kto tu kogo zjada panie Kalafior?  

Przez cały ten tekst popełniałem błąd. Pisałem o kosmicie, który zjada ludzi nie wiedząc, że to cywilizacja. O nas, którzy zjadamy rośliny nie widząc, że to obca forma życia. O sinicach i trawie jako poprzednich Iskrzeniach. Budowałem narrację, w której jest zjadający i zjadany. Przekształcający i przekształcany.

A potem spojrzałem na swój talerz. Na ten kalafior. I dotarło do mnie coś, co sam napisałem, ale nie zrozumiałem.

Pszenica.

Idąc za Yuvalem Hararim, pszenica była chwastem z Bliskiego Wschodu. Biednym krewnym traw rosnących między skałami. A teraz? Zajmuje miliony hektarów na wszystkich kontynentach oprócz Antarktydy. Jak to zrobiła? Przekonała nas, żebyśmy wycięli lasy, zaorali stepy, przekopali kanały irygacyjne. Wyciągnęła nas z raju – łowcy-zbieracze pracowali może cztery godziny dziennie, rolnicy harują od świtu do nocy. Stłoczyła nas w miastach, bo pola trzeba pilnować, zbiory magazynować. Zmieniła naszą biologię – tolerancja laktozy, przystosowanie do zbóż. Przeorganizowała całą cywilizację wokół swoich potrzeb – wymyśliliśmy dla niej kalendarz, własność, państwo.

Pracujemy dla niej po dwanaście godzin dziennie. Bronimy jej przed szkodnikami. Rozprzestrzeniamy ją na kontynenty, na które sama nigdy by nie dotarła.

Rośliny nie mają granatów. Nie muszą. Mają czas. Dla pszenicy te dziesięć tysięcy lat rolnictwa to sprint. Zdążyła nas w tym czasie całkowicie przerobić – biologicznie, społecznie, cywilizacyjnie. Jesteśmy jej Iskrzeniem. A ona jest naszym.

Nie ma kosmity i ofiary. Nie ma zjadającego i zjadanego. Jest jedno wielkie, wzajemne Iskrzenie, gdzie każdy jest jednocześnie tym, który przekształca i tym, który jest przekształcany. Sinice przekształciły atmosferę – i ta atmosfera przekształciła wszystko, co po nich przyszło. Trawa przekształca lasy – i lasy przekształcają trawę. My przekształcamy rośliny – i rośliny przekształcają nas.

Siedzę nad pustym talerzem. Zjadłem kalafior. Kalafior zjadł cztery godziny mojego życia, które spędziłem przy biurku, żeby zarobić na ten obiad.

Kto tu kogo zjadł? Anihilacja

 

Wydawca portalu Kulturalnie.waw.pl Tomasz Kalka

Zdjęcie otwierające tekst zostało udostępnione dzięki uprzejmości Moniki Sewastianowicz. Sesja pochodzi z Czarnobyla. Polecam obejrzeć całą galerię autorki! 

Wesprzyj Alicję rozliczając PIT

PS od człowieka za klawiaturą:

Siedzę przed ekranem. Kursor miga. Właśnie skończyłem pisać tekst, który może coś w Tobie poruszył. Albo nie. Nie wiem.

Wiem natomiast, że moja córka Alicja ma zespół delecji 22q11 (Di George'a). To taka genetyczna loteria, na którą nie miała wpływu. Wymaga rehabilitacji, różnych terapii, logopedy, często szpitali. Miała już dwie operacje związane z rozszczepem podniebienia, czekają ją kolejne. Wszystko po to, by dać jej szansę na normalną mowę i normalne życie. Ma tę szansę, ale potrzebuje wsparcia.

Jeśli moje teksty coś Ci dają – przemyślenia, irytację, cokolwiek – możesz to docenić, wspierając Alę. Albo nie. To też jest okej. Dziękuję!

1,5% podatku:

W formularzu PIT wpisz numer: KRS 0000037904
W rubryce „Informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1,5%" podaj: 39939 Kalka Alicja
lub rozlicz pit online

Darowizna bezpośrednia:

Konto: 42 2490 0005 0000 4600 7549 3994
Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
Tytułem: 39939 Kalka Alicja darowizna na pomoc i ochronę zdrowia