Już w najbliższą sobotę Męskie Granie w Poznaniu. Warszawa żyje już tylko wspomnieniem po imprezie, która gościła w Koneserze 14. Lipca. W Warszawie odbył się pierwszy koncert trasy.

Plakaty informujące o Line- upie zawisły w mieście kilka tygodni przed koncertami. Nosowska jako nowa dyrektor artystyczna nagrała piosenkę Ognia! mającą promować wydarzenie. Od strony marketingowej przed sobotą wszystko wyglądało perfekcyjnie.

Udało mi się porozmawiać z zespołem Kamp!. Zapewnili, że płyta będzie jesienią (nie pierwszy raz to zapewnienie, ale trzymam za słowo).

Około 17:00 koncerty wystartowały. W drodze do Konesera spotkałam tłum ludzi z kartkami ‘kupię bilet’, natomiast na gumtree w dniu koncertu bilety skoczyły do 140 zł! Zainteresowanie było zatem duże. Po wejściu zdziwiły mnie wszechobecne kolejki. Nie wiedziałam, czy to kolejki po bilety, czy kolejne bramki?

Okazało się, że rzeczone kolejki ustawiły się w celu kupienia piwa (Żywiec sponsorem). Były gigantyczne i stało się w nich 40 minut. Koncerty się rozpoczęły – pierwszy Crab Invasion, potem June, a następnie Muzykoterapia. Pod sceną pusto. Ci którym udało się zakupić piwo, musieli je wypić w strefie gdzie można było pić.  W tym momencie zaczęło zakrawać to na festyn, albo dni Pragi, gdzie ludzie są trochę przypadkowo, a jeśli po coś to głównie po to, żeby napić się z sąsiadem. Oczywiście koncerty – zwłaszcza Muzykoterapii – bardzo dobrze wypadły, ale trudno artyście starać się gdy zainteresowanie żadne.

Gdy już wszyscy opróżnili kubeczki, zaczęły się pielgrzymki pod toi toie. Ustawiono 20 toi toiów na ponad 1000 osób. Stanowisk z piwem było zaledwie kilka – za mało. No i jeszcze zapiekanki.

Kamp! wszedł na scenę, chłopcy jak zwykle energetyczni, ale szkoda, bo pod sceną przerzedzone, a jak ktoś stoi to i tak się nie rusza, a przecież to muzyka taneczna. Porażka. Następnie Dyjak i Pablopavo. Kolejki rosną w każdą stronę. Na Dyjaku kilka par i rodziny z dziećmi.

Pablopavo i pada deszcz. Frekwencyjnie jedynie odrobinę lepiej.

Potem Nosowska, Waglewski, Możdżer, Stańko. Klimatycznie, fajnie, ale tu już tańców nie będzie jeśli ktoś na to liczył, a i ludzi już prawie nie ma. Choć jak dotąd najwięcej ludzi zgromadziło się na tych koncertach. Deszcz odstraszył znaczną część.

Jednym słowem – tragedia. Jeżdżę na festiwale i wiem jak mogą być zorganizowane. Nie wiem na czym polegał tu problem organizatorów – ale doświadczenie uczy, że jeśli są ludzie to są też toalety i piwo. Nigdzie nie spotkałam się z taką dezorganizacją. Pół godziny na koncert – może to jest jakiś koncept, ale pod warunkiem, że są na nim ludzie.

Nie wiem czemu publiczność się nie bawiła, skoro wszyscy zapłacili (niemało) za bilety?

Przestrzeń Konesera za to jest fajna i duży jest potencjał tego miejsca. Szkoda, mam nadzieję, że w innych miastach wypada to  lepiej.

 

Tekst: Irmina Kalotka

Foto: materiały prasowe

 

 

 



Kategoria: Recenzje muzyczne | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:
Męskie Granie Męskie Granie 2012



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--