Na peryferiach wielkich koncernów filmowych, gdzieś na stacjach dojazdowych do Hollywood powstaje nowa jakość filmów o dorastaniu. Szlaki przetarło bezpretensjonalne „Juno”, była też uroczo brytyjska „Moja łódź podwodna”, obecnie na ekranach kin pojawia się „Drapacz chmur”.

Duński film w reżyserii Rune Schjøtt opowiada o Jonie, synu ekstrawaganckiego właściciela bliżej nieskonkretyzowanego zakładu w niewielkiej duńskiej miejscowości. Jon jest niezbyt bystry, niezbyt rozgarnięty, na dodatek panuje powszechne przekonanie, że to on jest przyczyną wszelkiego zła dziejącego się w okolicy. Jest też Edith, niewidoma córka wiecznie uśmiechniętego sklepikarza, za wszelką cenę pragnąca znaleźć się w głównym nurcie życia społecznego (tzn. pod przystankiem autobusowym, gdzie spędza większość czasu miejscowa młodzież). A oprócz tego jeszcze masa absurdów, nagromadzona lekką ręką przez reżysera.

Zaśmiałam się przy lubieżnych bliźniaczkach, przetrwałam czkawkę kierowcy autobusu, ale przechowywanie napletka syna w słoiku to już za wiele. Twórcy nieco się zagalopowali w pokazywaniu, jak bardzo są zdystansowani i wcale nie boją się konwencji czarnej komedii. Możliwe, że chcieli również zamaskować dość sztampową fabułę – dwoje wyrzutków społecznych, utrata dziewictwa, wielka miłość. Jednak ku mojemu zaskoczeniu bezpretensjonalny obraz prowincji i autentyczne kreacje zdolnych aktorów ratują ten obraz. Film jest bardzo oldschoolowo nastoletni – trochę prostoty, trochę marzeń o wolności i odwieczne problemy z seksem, co sprawia, że po wyjściu z kina człowiek czuje się parę lat młodszy.

 

Tekst: Katarzyna Czajkowska

Foto: materiały prasowe

 

 

 

 



Kategoria: Recenzja filmu | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:
Drapacz chmur Rune Schjøtt vivarto



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--