Najdłużej urzędujący premier Wielkiej Brytanii ubiegłego wieku, kochająca żona i matka, będąca niemalże archetypem kobiety drugiej połowy XX wieku. Margaret Roberts, córka właściciela sklepu spożywczego, przychodzi na świat w 1925 roku. Niespełna dwadzieścia lat później zaczyna studia na Uniwersytecie w Oksfordzie i wstępuje do studenckiego towarzystwa konserwatystów. Niedługo później zostaje przewodniczącą tegoż towarzystwa. W 1951 roku wychodzi za mąż za Denisa Thatchera i przyjmuje jego nazwisko. Dwa lata później zostaje matką bliźniąt. W 1974 roku  postanawia ubiegać się o stanowisko przewodniczącego Partii Konserwatywnej, co udaje jej się osiągnąć już rok później. Pod koniec dekady, w 1979 roku, jako pierwsza kobieta w historii, zostaje premierem Wielkiej Brytanii. Przez trzy kadencje prowadzi politykę, którą przysparza sobie zarówno zwolenników, jak i zaciekłych wrogów. W 1990 roku rezygnuje ze stanowiska premiera, w obliczu słabnącego poparcia. Tak, w wielkim skrócie można opisać najważniejsze wydarzenia w życiu bohaterki Żelaznej Damy (źródło informacji – materiały prasowe).

      Miała piskliwy głos, własny pogląd na każdy temat i niezwykły tupet. (…) Na naszych oczach z pyskatej Maggy rodzi się  Żelazna Dama, której czarna torebka do dziś  jest symbolem rządów silnej ręki. (cytat z materiałów prasowych dystrybutora) W tym miejscu pojawia się mój problem z tym filmem. Owszem, ukazana została historia młodej panny Maggy, która przeobraża się w silną i zdecydowaną panią Thatcher, jednak narracja została poprowadzona w zawrotnym tempie. Cała młodość, droga do władzy, sprawy polityczne, triumfy i zamachy przewijają się po ekranie w mgnieniu oka, przeplatane urywkami z życia uczuciowego i rodzinnego Pani Premier. Najwięcej uwagi zostało natomiast poświęcone starej i schorowanej Margaret Thatcher, zmagającej się z demonami przeszłości. Przez większość filmu miałam wrażenie, że to jest to filmu o upadku Żelaznej Damy; że morał jest taki, iż nie ważne jak wielkim byłeś w młodości i tak na starość będziesz zależny od innych i przede wszystkim – samotny. Tak bowiem została ukazana Margaret Thatcher w jesieni swego życia – staruszka nie mogąca nawet wyjść po mleko do sklepu za rogiem, zmagająca się z halucynacjami.

      Czytając internetowe recenzje filmu natknęłam się na wiele opinii, iż film jest o emocjach. Nawet Żelazna Dama bowiem jest kobietą, jak już pisałam wcześniej, matką i żoną, którą targają wszelkiego rodzaju smutki i radości. Jako premier była nieugięta i nie znosiła kompromisów, jednak gdy zostawała sama, zaczynały jej się trząść ręce i płynęły łzy. Nie przemawia to do mnie. Ja byłam nastawiona na film o heroinie naszych czasów, a nie o staruszce rozmawiającej z halucynacją zmarłego męża, wspominającej jak jej było ciężko.

      Opinie internautów są w większości pozytywne, jednak często pojawia się stwierdzenie, iż film jest za krótki. Możliwe, że gdyby obraz ten był dłuższy, wtedy byłoby miejsce na to, co wydaje mi się zostało potraktowane trochę po macoszemu – polityka. Za szybkie tempo wydarzeń, na które już zwracałam uwagę, nie pozwala na wierne ukazanie żelaznych rządów Żelaznej Damy. Niemniej jednak, film zasługuje na wielkie uznanie dzięki odtwórczyni głównej roli, Meryl Streep. Jej gra aktorska wzbudza w widzu niesamowite emocje. W jednej chwili oglądamy zdecydowaną Panią Premier w kwiecie wieku, a za chwilę chwyta nas za serce obraz zagubionej staruszki. Zdumiewający jest fakt, iż te dwie, tak różne, kobiety gra ta sama aktorka. O ile scenariusz niestety, wedle mojej opinii, nie powala, o tyle warto obejrzeć ten film dla emocji, które serwuje nam Meryl Streep.


Tekst: Katarzyna Kucharska

Foto:  materiały prasowe

 


Kategoria: Recenzja filmu | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--