Spektakl w warszawskim Teatrze Narodowym, w reżyserii zmarłego w 2018 roku Eimontasa Nekrosiusa, jednego z najbardziej uznanych litewskich reżyserów, znanego z licznych inscenizacji klasyki światowej i polskiej. Po bardzo dobrze przyjętych „Dziadach”, także w Teatrze Narodowym, reżyser wystawił utwór nie mniej ważny, będący scenicznym przedstawieniem najważniejszej idei pisarstwa Gombrowicza, czyli „kościoła międzyludzkiego”, w którym jedni ludzie drugich stwarzają.

Na tej skomplikowanej mechanice wytwarzania person skupia się uwagę widza, inaczej niż we wcześniejszych wersjach „Ślubu” uwypuklających także kontekst historyczny. Henryk i Władzio, bohaterowie, którzy w tekście pojawiają się najpierw, są na froncie we Francji i w rodzaju sennego zwidu przenoszą się nagle do rodzinnej miejscowości Henryka, gdzie w domu czekają zdegradowani do prostych karczmarzy Matka i Ojciec oraz służąca. Choć głośną inscenizację Jerzego Jarockiego z 1974 roku czytano w relacji do wojny i rzeczywistości, która się z niej wyłoniła, to kolejna wersja tego samego reżysera, z 1991 roku, miała już słabsze osadzenie w historii. Z elementów jednoznacznie kojarzących się z wojną pozostały jedynie battledresy bohaterów oraz echa wystrzałów podsycające początkowy frontowy niepokój. Mimo to, ciemna pustka niewiadomego, którą bohaterowie przemierzają poza przestrzenią i poza czasem, sugerowała, że porządki które zastaną w domu to metafora jeszcze jednego nowego ładu, tym razem pozimnowojennego. Tak tę wersję odczytywano, jako opowieść o tworzącej się po upadku systemu, jeszcze jednej rzeczywistości powstającej na naszych oczach.



 

Nekrosius proponuje coś innego: sztuka zaczyna się od siedzących obok siebie Matki i Ojca, na krzesłach powiązanych sznurem, na którym pojawiają się hasła tyczące relacji międzyludzkich. Stroje w zielonobrązowe łaty, jak dawniej wskazujące na wojenny anturaż, zostały, ale noszą je zaludniający dom rodzinny dworzanie królewscy. Płaszcze i cylindry, ale w barwach maskujących, tak jakby instytucje dworu i armii zlewały się w jedno: i tu, i tam liczą się wytwarzane hierarchie i systemy zależności. Dwór zasiada w głębi sceny jakby w stallach kościoła (międzyludzkiego). Postacie wykonują powtarzalne gesty i sekwencje ruchowe, nieoczekiwane znaczenie zyskują martwe przedmioty. Odczytanie nie całkiem oczywistych tropów wymaga ciągłego skupienia; znajomość Gombrowicza i jego wystawień nie zawsze do tego wystarcza, bo treść zaczerpnięta bezpośrednio z tekstu miesza się z językiem teatru litewskiego reżysera. 

Dużo satysfakcji daje oglądanie brawurowej gry aktorskiej. Danuta Stenka w podwójnej roli Matki i służącej Mańki przemienia się spektakularnie, Jerzy Radziwiłłowicz jako to wiejski karczmarz, to ojciec-król także jest bardzo wyrazisty. Grzegorz Małecki jako Pijak posługuje się szerokimi, ostentacyjnie teatralnymi gestami, a zarazem jest dojmująco obmierzły. Tym groźniejsze jest jego „dutknięcie palicem”, które może strącić nietykalnego Króla z piedestału. 

Całość jest efektowna wizualnie, ale więcej tu stylu Nekrosiusa niż aury dramatu Gombrowicza. Nawet pomimo tego - wciąż potężnie oddziałuje performatyw stwarzania człowieka przez człowieka, koncepcja aktualna niezależnie od historycznych uwarunkowań. Tradycyjne i nowe media nieustannie i często niefrasobliwie wyrabiają wyższość i niższość; stwarza się wrażenie, jakby umowna mogła być sama umowność pozornych hierarchii, „królów” i „królowe” koronuje się każdego dnia. Bo jak powiedział bohater wybitnego polskiego serialu, „wszystko da się zrobić, ludzie ludzi robią”. 

fot. mat. prasowe

 

 


Kategoria: Recenzje spektakli | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--