Karolina Bednarz - reporterka, absolwentka wydziału japonistyki na Uniwersytecie Oksfordzkim, autorka bloga „W krainie tajfunów”, gdzie pisze głównie o Azji Wschodniej. Ukończyła Polską Szkołę Reportażu. Publikowała między innymi w „Dużym Formacie”. Finalistka konkursu o stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego w 2016 roku, za swój debiut reporterski – książkę „Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet” (Wydawnictwo Czarne) – nominowana do Nagrody im. Beaty Pawlak w 2018 roku. Mieszkała i uczyła się w Japonii (m.in. na Uniwersytecie Waseda w Tokio) oraz Korei Południowej. Założycielka księgarni japońskiej i wydawnictwa Tajfuny.

Anna Karczewska: Kiedy pierwszy raz pojechałaś do Japonii?

Karolina Bednarz: Na pierwszym roku studiów, czyli 7 lat temu. Studiowałam japonistykę i obowiązkową częścią kursu było spędzenie jednego trymestru pierwszego roku studiów na japońskiej uczelni. W Polsce byłby to niewykonalne, bo to ogromne koszty, jak na studencki budżet, ale na Oksfordzie uczelnia pokrywa dużą część kosztów.

AK: Czemu wybrałaś japonistykę?

KB: (śmieje się) To jest pytanie o sens życia! Już kiedy byłam w gimnazjum zaczytywałam się w  japońskiej literaturze. Zaczęłam od Murakamiego, potem zaczęłam ściągać sobie z Anglii książki Mishimy, Kawabaty, kupować w antykwariatach stare wydania polskich tłumaczeń. W liceum przez długi czas robiłam chemię rozszerzoną, bo wszyscy nauczyciele od pomysłu japonistyki i Japonii odciągali i mówili, że to fajne hobby, ale nie jako studia i na pewno z tego „nie wyżyję”. W drugiej klasie liceum się zbuntowałam, przestałam brać udział w olimpiadach chemicznych, stwierdziłam, że jak szaleć to szaleć i złożyłam podanie na Oksford. I do tej pory nie do końca wiem, jak to się stało, ale dostałam się na wydział japonistyki na jednej z najlepszych uczelni na świecie. Warto czasem robić coś wbrew wszystkim.

AK: Czyli najpierw były książki, potem studia, a potem znów książki?

KB: W zasadzie literatura japońska i o Japonii towarzyszyła mi cały czas. Na studiach czytałam głównie to, czego lekturę wymuszał tok studiów, więc dla przyjemności czytałam rzeczy jak najdalsze od Azji: o Afryce czy Iranie. Na czwartym roku studiów spędziłam w Tokio cały rok – połowę na jednym z prestiżowych uniwersytetów, a drugą połowę na pracy w japońskim korpo.

Przyznam szczerze, że po skończeniu studiów miałam ochotę uciekać na sam dźwięk słowa „Japonia” (śmiech). Zaczęły mnie za to coraz bardziej kręcić kwestie społeczne, więc pojechałam w półroczną podróż po Azji. Spędziłam dwa miesiące w Korei Północnej, potem podróżowałam, a na końcu znów wylądowałam znów na wyspach. Uświadomiłam sobie wtedy, że o Japonii tak naprawdę nic nie wiem. Zaczęłam rozmawiać z ludźmi, pytać ich o to, jak się żyje w tym kraju, jak wygląda edukacja, co jest ważne, co jest modne i co kształtuje współczesną kulturę. Zaczął mi w głowie kiełkować pomysł, żeby może kiedyś napisać o tym książkę. Wróciłam do Polski i zapisałam się do Polskiej Szkoły Reportażu, a kilka miesięcy później opublikowałam swój pierwszy tekst na łamach „Dużego Formatu”. Praca nad samą książką („Kwiaty w pudełku” Wydawnictwo Czarne 2018) trwała dwa lata. Po jej ukończeniu byłam bardzo zmęczona i mentalnie wypruta. Chciałam zrobić coś innego, coś, co da mi nowy zapał do pracy i co dałoby mi w Polsce bazę, jakieś miejsce zakotwiczenia, gdzie taki narwany typ jak ja mógłby chwilę zostać.

AK: I wpadłaś na szalony pomysł, żeby otworzyć księgarnię? A z Anią (Anna Wołcyrz, tłumaczka i redaktorka, druga noga Tajfunów) znacie się od dawna?

KB: Znałam i czytałam bloga Ani o literaturze japońskiej (Yondoko. Japońska literatura i popkultura). Czułam, że to bratnia dusza, ktoś kto czyta literaturę japońską w oryginale i umie ciekawie o niej pisać. Ja pisałam na swoim blogu (W krainie Tajfunów) o podróżach i o Japonii i bardzo często ludzie pytali mnie, co czytać, którym japońskim autorom warto poświęcić uwagę. Odpisywanie każdemu osobno nie miało sensu, założyłam więc pod koniec 2017 roku na Facebooku grupę Tajfunowy Klub Książki, która bardzo szybko zyskała popularność. To tam przeniosły się rozmowy o literaturze. Dzięki niej poznałam też wiele fajnych osób z całej Polski, które podzielały moją pasję. Kiedy czytaliśmy wspólnie „Złotą Pagodę” (Yukio Mishima, tłumaczenie Anna Zielińska-Elliott, Państwowy Instytut Wydawniczy 2017) to Ania czytała ją, jako jedyna, po japońsku. Pomyślałam, że to musi być wspaniałe czytać tak płynnie w tym języku, żeby czytać powieści w oryginale. Napisałam do niej i z naszych rozmów wyszło, że obie chciałybyśmy promować japońską literaturę w Polsce.  Umówiłyśmy się na kawę i zaiskrzyło. To było w lutym, a w październiku otworzyłyśmy wspólnie księgarnię Tajfuny.

 


 

AK: Powiedz mi proszę, co jest wyjątkowego w kulturze Japonii? Co Ciebie w niej najmocniej pociąga?

KB: W literaturze japońskiej całkowicie inaczej podchodzi się  na przykład do tematyki śmierci. W europejskiej kulturze umieranie stanowi temat tabu, jest odsuwane od codziennego życia, a w Japonii śmierć jest przedstawiania często jako coś niemal pięknego. Odebranie sobie życia nie jest równoważne z życiową porażką, może być rozwiązaniem honorowym. Ale ja powoli odchodzę od mówienia o tym, że jest to zupełnie coś innego, egzotycznego. Chciałabym pokazać, że tak naprawdę się nie różnimy, że tam też są pisarze liryczni i brutalni, są powieści o miłości, ale są też takie w stylu filmów Tarantino, są wielkie eposy rodzinne i literatura gatunkowa. W Polsce wydaje się tak niewiele, w ogóle azjatyckich, autorów, że nie mamy pełnego oglądu na to, co dzieje się w literaturze tego kontynentu. Wydawane są najbardziej znane tytuły, które podkreślają egzotykę, a nie to, co ukazuje się współcześnie. My chciałybyśmy to zmienić. Na uwagę zasługują pisarki feministyczne - już w latach 60-tych pisały o rozwodach, o matkach samotnie wychowujących dzieci, o aborcji. I one są tam wydawane pomimo tego, że (jak można wyczytać z „Kwiatów w pudełku”) pozycja społeczna kobiet jest w Japonii nadal niska. Bardzo nam zależy w Tajfunach, żeby powoli polskiego czytelnika poznawać ze współczesną literaturą japońską. Mamy w planach tłumaczenie kilku książek pisanych przez kobiety. Zaczynamy jednak od klasyki i autora – mężczyzny. W lutym ukaże się „Zmierzch” Osamu Dazaia z moim wstępem i w poprawionym tłumaczeniu.

AK: A czy na zachodzie lepiej wygląda kondycja literatury japońskiej?

KB: Zdecydowanie. Jest tłumaczona, wydawana i czytana. Amerykańską nagrodę National Book Award w tym roku, wygrywając z Olgą Tokarczuk, dostała Yoko Tawada za powieść „The Emissary” w tłumaczeniu Margaret Misutani.  Nam akurat ta książka nie podobała się jakoś bardzo, ale to dowód na to, że poza Polską japońskie książki są w normalnym obiegu wydawniczym. Powieść „Convenience Store Woman” Sayaki Muraty ma wprawdzie zostać wydana w Polsce w tym roku nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale w Stanach to był totalny hit, o którym pisały wszystkie ważne media z New York Times’em na czele, autorka odbyła trasę po księgarniach w Anglii i w U.S.A. Mam wrażenie, że to wynika z tego, że regularnie pojawiają się tam recenzje japońskiej literatury. U nas dziennikarze często pomijają książki spoza Ameryki i Europy. Mamy nadzieję, że to się będzie zmieniało.

AK: Co wobec tego stoi na półkach księgarni Tajfuny przy Chmielnej 12?

KB: To są książki starannie wyselekcjonowane przez nas. Większość z nich to cały czas pozycje w języku angielskim, ale mamy wszystko, co wyszło w Polsce i spełnia nasze standardy jakości (śmiech). W Polsce książki japońskie są nadal rzadkością wydawniczą, ale po angielsku jest ich dużo, są bardzo dobrze przetłumaczone, edytorsko piękne, a coraz więcej, zwłaszcza młodych, ludzi czyta płynnie w tym języku. I dobrze się sprzedają! Wspomniane „Convenience Store Woman” to nasz totalny hit sprzedażowy.

Poza tym tytuły na naszych półkach rotują, zmieniają się w zależności od pory roku czy okazji. Wszystkie książki, które mamy na półkach same przeczytałyśmy i możemy o nich opowiadać naszym gościom. Nie znajdzie się na nich nic, co wydaje nam się wydane niestarannie, źle przetłumaczone, bez redakcji. Dlatego też nazywamy Tajfuny księgarnią kuratorską. Same książki są oczywiście bardzo ważne, ale równie ważna jest dla nas możliwość spotkania się z ludźmi, którzy mają podobne zainteresowania do naszych. Przychodzą do nas ludzie po prostu pogadać, wracają osoby, które coś u nas kupiły, nasi goście zaczynają nam ufać. Zakładając wydawnictwo, chciałyśmy mieć możliwość spotkania się z naszymi czytelnikami nie tylko na targach, albo na antenie radia czy w gazecie. Każdy kto chce zacząć przygodę z literaturą japońską, ale też np. ci, którzy planują podróż czy interesują się innymi aspektami kultury Japonii, mogą nas odwiedzić i z nami porozmawiać. I to chyba w robieniu tego wszystkiego jest najfajniejsze.


Rozmowa & foto: Anna Karczewska

 

 


Kategoria: Lifestyle | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:
japonia literatura japońska Tajfuny



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--