OKIEM  OBSERWATORA

 

Mefisto” - reż. Agnieszka Błońska

Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera

„Teatr, który się wtrąca”

Listopad 2018 r.

 

 

 

 

Teatr Powszechny! Przez bardzo wielu nazywany „słynnym” lub „kultowym” i chyba słusznie, bo przecież:

- jest pierwszym teatrem, który zaczął funkcjonować w Warszawie, jeszcze w czasie działań wojennych, w lutym 1945 r. [początkowo pod nazwą Teatr Popularny. Powszechnym stał się po pół roku, we wrześniu 1945 r.];

- to tu reżyserowali i występowali najwybitniejsi artyści polscy;

- to tu pierwsze kroki na scenie stawiał Adam Hanuszkiewicz, najpierw jako aktor, następnie  reżyser, a w końcu jako dyrektor;

- tu przez wiele lat, aż do swojej przedwczesnej śmierci dyrektorem był Zygmunt Hübner, za którego dyrekcji powstawały sztuki, które weszły do historii teatru polskiego;

- to tu w czasach PRL, a szczególnie stanu wojennego wystawiane były spektakle, które poruszały opinię publiczną;

- a z ciekawostek trochę innej kategorii, to tu rozeszły się drogi dwóch koleżanek, z jednego roku, które w 1974 r. występowały wspólnie w przedstawieniu dyplomowym, w ówczesnej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej: „Trzech siostrach” w reż. Aleksandra Bardiniego – Krystyny Jandy [Masza] i Joanny Szczepkowskiej [Irina].

Tych „to tu” i spektakli, które wstrząsnęły nie tylko teatromanami ale całą opinią publiczną, można by wyliczać bardzo dużo, więc może jeszcze tylko taki fakt:

- w 2013 obok oficjalnej nazwy teatru, pojawiło się dookreślenie „Teatr, który się wtrąca”.

 

Tak naprawdę, wtrącał się zawsze, ale bardzo dobrze, że robi to nadal. Oj wtrąca się. Wtrąca! Co i raz wystawia sztuki, których odbiór wykracza daleko poza kręgi teatralne. Np. w lutym 2017 r. „Klątwa” [reż. - Oliver Frljić] spowodowała wybuch nienawiści ze strony tzw. środowisk prawicowych i doprowadziła do demonstracji i bójek przed teatrem, o takiej intensywności i stopniu agresji, że wielokrotnie musiała interweniować policja. A prawicowe media społecznościowe zalała fala hejtu, jadu, nienawiści i wulgaryzmów skierowanych w stronę nie tylko twórców i odtwórców tego spektaklu ale również widzów, którzy chcieli go obejrzeć, chociażby po to aby wyrobić sobie zdanie o nim.

Poważne czynniki partyjne i tożsame rządowe, stawiały absurdalne zarzuty i domagały się wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do twórców i dyrekcji Teatru.

Jednak Powszechny nie tylko przetrwał ten atak ale w odpowiedzi, jeszcze we wrześniu 2017 r. wystawił kolejną „bardzo kontrowersyjną” sztukę – „Mefisto” w reż. Agnieszki Błońskiej.

Jest ona znowu w pełni kompatybilna z hasłem „Teatr, który się wtrąca”.

 

Pierwsza refleksja jaka nasunęła mi się w czasie oglądania „Mefista”, to był podziw dla twórców, którzy potrafili skonstruować taką fabułę. Tu nie ma jednego, dwóch, czy trzech linearnie poprowadzonych wątków, które nawet, gdy się przenikają, są łatwe do wychwycenia.

Ten spektakl przypomina trochę filmy S.F., gdzie ogromna ilość rzeczywistości toczy się równolegle, a równocześnie przenika i wzajemnie miesza ze sobą. Patrząc na scenę,  miałem skojarzenia z wnętrzem tradycyjnych zegarków, bo gdy tam się zagląda, to widać ogromną ilość zębatych kół, kółek i kółeczek, które obracają się w różne strony, zahaczają ze sobą i wzajemnie przenikają. I dzięki temu cały mechanizm działa perfekcyjnie! Tak jak w „Mefiście”!

Pierwsze, najoczywistsze odniesienie dotyczy powieści Klausa Manna i filmu Istvána Szabó pod tym samym tytułem – w 1982 r. Oskar za najlepszy film nieanglojęzyczny - z genialną rolą Klausa Marii Brandauera, a wygrał z „Człowiekiem z żelaza” Andrzeja Wajdy!

Drugie odniesienie do wydarzenia artystycznego z przeszłości pod tym tytułem, dotyczy  premiery „Mefista”,  w reżyserii Michała Ratyńskiego, która miała miejsce w czerwcu 1983 r., na tej samej scenie Teatru Powszechnego.

W obecnie granym spektaklu jest bardzo dużo odniesień, wspomnień i porównań z „Mefistem”  z przed 35 lat. Fascynująco brzmią teksty Marii Robaszkiewicz, która w tamtym spektaklu grała rolę Teresy von Herzfeld. A ma o czym opowiadać, bo abstrahując od znakomitej obsady – m. in. Joanna  Żółkowska, Stanisław Brejdygant, Władysław

Kowalski, Gustaw Lutkiewicz, Olgierd Łukaszewicz, Piotr Machalica, Bronisław Pawlik, czy grający głównego bohatera Tadeusz Huk – to tamten spektakl grany był w konkretnej rzeczywistości politycznej i oczywiście odczytywany był jako protest / polemika / sprzeciw, w stosunku do tego, co działo się poza murami teatru.

I właśnie ta kwestia – porównanie bardzo opresyjnych rzeczywistości – tej z lat 30 ubiegłego wieku, tej z przed 35 lat i tej obecnej, stanowi jeden z podstawowych wątków spektaklu.

W tym kontekście pojawia się kolejny temat: nawiązanie do niedawnej [luty 2017 r.] premiery „Klątwy” w reż. Olivera Frljića, w której brała udział prawie cała obsada aktorska z „Mefista”. Z sceny słychać nie tylko opowieść o tamtym spektaklu, ale również o całej otoczce jak mu towarzyszyła. Wnioski z tych porównań są dramatyczne. Stopień agresji, nienawiści i nietolerancji jest obecnie przerażający i zagraża zdrowiu i życiu inaczej myślących, niż zorganizowane grupy prawicowe. Już pierwsza scena w „Mefiście”, jeszcze przed podniesieniem kurtyny, wciska w fotel! A to po prostu jest puszczana z głośników treść autentycznej ulotki ONR-owskiej, rozrzucanej w czasie siłowych demonstracji przeciw sztuce teatralnej! Tak, tak! Skojarzenia nie są przypadkowe i nasuwają się same!

Tu pojawia się kolejny „krąg”, czy „trybik” w konstrukcji spektaklu, który można nazwać: „prywatne teksty aktorów”.  Chyba pierwszy raz zetknąłem się z takim zabiegiem i muszę przyznać, że bardzo mi się spodobał. A wygląda to tak, że przez cały czas, przy okazji wszystkich wątków, aktorzy wplatają teksty, które mówią o nich samych prywatnie i o ich wcześniejszej pracy w innych teatrach i przy innych spektaklach. Na koniec, wszystkie te opowieści zbiegają się w ich uczestnictwie we wcześniejszej o parę miesięcy premierze „Klątwy” i całej rzeczywistości pozateatralnej związanej z nią. Te „prywatne” teksty robią ogromne wrażenie.

Tak jak napisałem wyżej, skonstruowanie takiej sztuki wymagało wspaniałej kreatywności i tytanicznej pracy ale udało się! Spektakl fascynuje!

Oczywiście, nie ma teatru bez aktorów. Czasami bywa tak jak w sporcie, że jeden gwiazdor, czy osobowość „ciągnie” pozostałych i kibice / widzowie przychodzą oglądać tego jednego / tą jedną, a reszta jest tłem. Ale w kulturze, tak jak w sporcie obowiązuje również inna prawidłowość: gwiazdorska DRUŻYNA, z reguły wygrywa z drużyną GWIAZD!

Gotów jestem założyć się, że jeżeli będziecie Państwo oglądać ten spektakl w większym gronie, to w czasie późniejszych rozmów nie będzie między Wami zgody, kto był najlepszy, oczywiście bez podziału na płeć!

Jeżeli ktoś by mnie mocno naciskał w tej kwestii, dam taką odpowiedź:

Według mnie najlepiej grali: Karolina Adamczyk, Grzegorz Artman, Klara Bielawka, Aleksandra Bożek, Arkadiusz Brykalski, Maria Robaszkiewicz i Oskar Stoczyński.

A uzasadnić mogę to tak:

w „Mefiście” wszyscy aktorzy grają na równym, bardzo wysokim poziomie. Pomimo, że właściwie przez cały czas oglądamy sceny zbiorowe, to każda z postaci ma swoją „solówkę” i to nie jedną! Jest to zrobione bardzo sprytnie, bo pozostali aktorzy nie znikają ze sceny, tylko na ten czas przechodzą na plan dalszy i albo „podbijają” solistę, albo, „wyciszają” się. Co nie oznacza, że przestają grać! Wprost przeciwnie, a to powoduje, że siła przekazu ani na moment nie słabnie i widz dostaje bardzo solidną porcję wrażeń artystycznych, estetycznych, intelektualnych i wreszcie tematów do przemyśleń i dyskusji po wyjściu z teatru.

I nic w tym dziwnego, bo przecież był w „Teatrze, który się wtrąca”!   

 

TEKST:  KRZYSZTOF  STOPCZYK

FOTO:  materiały prasowe Teatru Powszechnego


Kategoria: Recenzje spektakli | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:
mefisto Okiem Obserwatora



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--