OKIEM  OBSERWATORA

Bunt Głuchych – reż. Bogna Burska

ZACHĘTA – Narodowa Galeria Sztuki

11 listopada 2018 r.


Jest w Warszawie takie miejsce, które dla Polaków ma szczególne znaczenie. Tym miejscem są okolice Grobu Nieznanego Żołnierza, a szczególnie przylegający do niego pl. marsz. Józefa Piłsudzkiego, w którego dziejach, jak w lustrze przegląda się historia Warszawy, a nawet całej Polski. W burzliwej przeszłości, każdy okupant miał pomysł na zagospodarowanie tej przestrzeni. W czasach rozbiorów, zaborcy rosyjscy wystawili tu najpierw pomnik ku czci siedmiu polskich oficerów-lojalistów, którzy zginęli z rąk powstańców w Noc Listopadową, walcząc po stronie Rosjan, a później w jego miejsce wybudowali ogromny sobór św. Aleksandra Newskiego, z gigantyczną dzwonnicą (vis a vis obecnego hotelu Victoria), która jako monstrualna dominanta miała symbolizować po wsze czasy panowanie Rosjan Warszawie i Polsce. Po dziesięciu latach obydwie budowle zostały wyburzone. Hitlerowcy co prawda nie ośmielili się stawiać na nim pomników ale zwyczajem okupantów przemianowali go najpierw na Sachsenplatz, a następnie na Adolf-Hitler-Platz. Po II wojnie plac wrócił na krótko (w latach 1945 – 1946) do swojej historycznej nazwy – Saski – a później przez prawie pięćdziesiąt lat nosił dumną nazwę Placu Zwycięstwa. Od 2012 r. nazywa się pl. marsz. Józefa Piłsudzkiego i stoi na nim skromny pomnik tego wielkiego Polaka.  

 


 

Nie tylko na samym placu miały miejsce różne zdarzenia mające przełomowe znaczenie dla Polski i świata (tu np. padły słynne, prorocze słowa papieża Jana Pawła II, wypowiedziane w 1979 r. : (…) I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi:

Niech zstąpi Duch Twój!

Niech zstąpi Duch Twój!

I odnowi oblicze ziemi.

Tej Ziemi!

(…)

 

Na obrzeżu placu znajduje się siedziba ZACHĘTY – Narodowej Galerii Sztuki, w salach której zastrzelony został Gabriel Narutowicz, pierwszy polski prezydent, wybrany w wolnych wyborach, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Sama ZACHĘTA przez wszystkie lata swojego istnienia, promieniowała najwyższej jakości kulturą. Wchodząc do niej zawsze ma się gwarancje obcowania z prawdziwymi dziełami sztuki. Stąd też, ta galeria cieszy się ogromnym uznaniem i renomą na całym świecie.  

I właśnie w tym przesiąkniętym historią budynku ZACHĘTY, w dniu święta odzyskania niepodległości – 11 listopada 2018 r. –– odbył się spektakl (premiera dzień wcześniej 10 listopada 2018 r.) „Bunt Głuchychw reżyserii Bogny  Burskiej, w którym wystąpiły:  Klara Bielawka (Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie), Ewelina Żak (Teatr Studio) i Marta Kalinowska – tłumaczka języka migowego, oraz Chór POLIN prowadzony przez Seana Palmera.

Było to bardzo ciekawe wydarzenie artystyczne, stworzone i zaadaptowane specjalnie do warunków i przestrzeni w budynku ZACHĘTY. A nie było to zadanie łatwe biorąc pod uwagę temat tego spektaklu, a właściwie dwa tematy. Pierwszy, to tytułowy bunt głuchych. Mało kto wie, że takie zdarzenie miało miejsce i zakończyło się pełnym sukcesem protestujących. W 1988 r. niesłyszący studenci amerykańskiej uczelni Gallaudet University, po siedmiodniowych strajkach doprowadzili do powołania pierwszego w historii niesłyszącego rektora uczelni.

 


 

 

Jednak nie jest to jedyny wątek tego spektaklu. Drugim jest poruszająca historia urodzonej w Holandii - córki chińskich imigrantów. Tamtejsza pomoc społeczna zasugerowała jej rodzicom aby  wychowali ją, nie mówiąc do niej w swoim języku, co miało służyć lepszej asymilacji dziewczynki. Ponieważ jej rodzice nie znali niderlandzkiego, porozumiewali się z nią za pomocą ok. 50 najprostszych słów. A więc dziecko wzrastało w warunkach bardzo zbliżonych do sytuacji panujących w rodzinach  słyszących rodziców i głuchych dzieci.

 

W te dwa wątki reżyserka [Bogna Burska] wplotła jeszcze bardzo interesujące fakty historyczne (m. in. o Ludwiku Zamenhofie, ale nie tylko) i wyszedł z tego spójny, logiczny spektakl.

 

Gdy już twórcy poradzili sobie z treścią, przyszedł czas na formę, a z tym też nie było łatwo. Spektakl grany jest na schodach w ZACHĘCIE, przy niezmiennych światłach, a z techniki teatralnej aktorki mają tylko bezprzewodowe mikrofoniki i kilka rekwizytów. Obydwie panie (Klara Bielawka i Ewelina Żak) grają bardzo dobrze, znakomicie uzupełniając się na zasadzie przeciwieństw. Bielawka w szkolnym stroju grzecznej dziewczynki, cały czas jest w ruchu, cały czas dynamiczna, cały czas coś mówi. Żak w jaskrawo czerwonym ni to kimonie, ni to podomce, znakomicie odcina się kolorystycznie od reszty osób, a swoją rolę buduje na spokoju, wręcz majestatyczności. Nawet chwile gdy do głosu dochodzą emocje, są zachowaniami osoby dorosłej, w przeciwieństwie do dziecięcej spontaniczności Bielawki.


Dwie zawodowe aktorki nie są jedynymi osobami, które obserwuje widz. Ponieważ „Bunt głuchych” jest znakomitym wypełnieniem niszy, czyli w pełni profesjonalnym spektaklem teatralnym dla niesłyszących i na widowni jest dużo takich osób, bardzo ważną postacią jest tłumaczka z języka migowego – p. Marta Kalinowska, cały czas przebywająca na „scenie”, czyli schodach i symultanicznie tłumacząca wszystkie dialogi.

 


 

 

Ale to jeszcze nie wszyscy. Ogromną, wręcz fundamentalną rolę odgrywa Chór POLIN, ubrany cały na czarno. Panie (ponieważ zdecydowana większość to panie) ustawione w rzędach na całej szerokości i długości marmurowych, białych schodów, robią niesamowite wrażenie. Przez cały czas trwania spektaklu, czarny chór stanowi nie tylko tło dla aktorek (jasny kostium Bielawki i krwistoczerwony Żak!), ale jest aktywny nie tylko werbalnie! Wykonuje różne, czasem dosyć skomplikowane i wymagające znakomitego zgrania działania. Sporo jest pięknych wizualnie scen. Ja wyróżnię tę z początku spektaklu, gdy na białych schodach, ubrana na jasno Bielawka wysnuwa z włosów krwistoczerwonej Żak, tego samego koloru bardzo długie nici włóczki i po kolei podaje ubranemu na czarno chórowi. Piękna scena! I nie  jedyna w spektaklu!

 

No i jeszcze dyrygent, który również jest cały czas obecny i panuje na chórem. Sean Palmer – Brytyjczyk, który w Polsce odnalazł swoje miejsce i nie tylko bardzo udanie funkcjonuje w wydarzeniach artystycznych (prowadzi również inne chóry, gra w zespołach muzycznych, występuje w filmach) ale również, jak ćwierkają wścibskie wróble teatralne, tu znalazł miłość swojego życia i założył rodzinę.

 

Całość naprawdę bardzo mile zaskakuje, bo: zwraca uwagę na bardzo istotny społeczny problem funkcjonowania w społeczeństwie ludzi niesłyszących; przytacza bardzo ciekawe i mało znane fakty i historie; spektakl jest bardzo dobrze wyreżyserowany i zagrany (wbrew pozorom duża jego  część to fragmenty lekkie, czy wręcz humorystyczne!); wspaniale łączy bardzo dobrą grę zawodowych aktorek z zadaniami Chóru POLIN; całość jest znakomicie wpasowana w znane ze swej urody wnętrza galerii ZACHĘTA, co powoduje, że nie tylko słucha się ale i ogłada „Bunt głuchych” z duża przyjemnością.

 

Na zakończenie, jak dowiedziały się te ciekawskie wróble, przy okazji tego spektaklu należałoby wymienić jeszcze dwie osoby bez których nie wiadomo czy Chór POLIN istniałby i przez te lata tak wspaniale rozwijał się i które wniosły fundamentalny wkład również w powstanie tego spektaklu. Są nimi Ewa Chomicka – kuratorka i koordynatorka (ale również występująca w chórze) i Jakub Pałys – kompozytor i trener wokalny – dobry duch zespołu.


TEKST:  KRZYSZTOF  STOPCZYK

FOTO:  Bogna Burska i Weronika Wysocka (ZACHĘTA)

 


Kategoria: Recenzje spektakli | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:
Bunt Głuchych Okiem Obserwatora



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--