Matthew Reilly – Sześć świętych kamieni

Proza Matthew Reilly’ego orbituje wokół przygody, thrillera i akcji. Jest on autorem wielu książek, w tym Siedmiu cudów starożytności i Nieuchwytnego celu . Należałoby wspomnieć o tym, że Reilly jest doceniony m. in. za powieść Stacja lodowa, która zyskała rozgłos nie tylko w jego rodzimej Australii, ale także trafiła na listy bestsellerów w Stanach Zjednoczonych. Ostatnią jego powieścią jest Sześć świętych kamieni. I tutaj również autor znany na całym świecie nas nie zaskakuje - serwuje nam przygodę. I trzeba przyznać, że autor dostarcza nam rozrywki w 100%, można wręcz rzec: esencji rozrywki.

     Paradoksalnie ta ilość akcji jest od pewnego momentu przytłaczająca. Od samego początku autor, niemal jak w "Poszukiwaczach zaginionej arki" (swoją drogą można dla zabawy poszukać paraleli między tymi dwoma dziełami). Dalej wszystko się rozpędza i mamy strzelaniny, porwania, pociągi spadające z wielkiej góry, samoloty wpadające w hotele i wiele, wiele innych. W przebiegu całej fabuły mamy w zasadzie tylko jedną cezurę, która pozwala nam przez chwilę odetchnąć  od natłoku wydarzeń, ale trwa to bardzo krótko, ponieważ dalej trzeba lecieć i ratować świat. Fabuła opiera się na dość klasycznym schemacie – bohaterowie mają na celu zbawienie świata poprzez włożenie sześciu świętych kamieni w odpowiednie miejsca na świecie w odpowiedniej porze. Oczywiście w tym wszystkim przeszkadzają im Amerykanie, Chińczycy, Japończycy, Egipcjanie, Arabowie, Anglicy, czyli około 2 miliardów ludzi. Oczywiście nie są praktycznie w stanie nic zrobić naszemu głównemu bohaterowi  (były żołnierz australijski Jacka West) i jego kompanii w postaci prof. Maxa Eppera, genialnych bliźniaków, córki Lily i jej kolegi Alby’ego.

      Jeśli chodzi o  bohaterów powieści, to niestety muszę przyznać, że bardzo się zawiodłam. Postaci, poza najprostszymi cechami, niczym się nie wyróżniają. W zasadzie z całej dobrej ekipy tylko genialni bliźniacy (i to chyba też przez to, że są bliźniakami i komputerowcami) mają jakieś cechy, natomiast reszta jest raczej płaska jak Równina Białogardzka. Ba, ja osobiście nawet zyskałam pewną dozę sympatii do głównej złej postaci przez to, że była konkretna. Ciekawym wątkiem samych bohaterów są ich pseudonimy. Tutaj autor chyba naprawdę nie wiedział jak ich nazwać. Skymonster? Wilk? Mistrz? Raczej słabo ...

     Kolejną  rzeczą, na którą zwróciłabym uwagę, są konkretne sceny, które nie mają racji bytu. Autor w wielu scenach zupełnie nie wiedział jak się wyplątać z ciężkich sytuacji. Ratował je momentami nawet pomysłowo, ale raczej szło to w stronę dziwnych rozwiązań nie mających nic wspólnego z zasadami fizyki. Aby nie być gołosłowną, przytoczę przykład: główny bohater w pewnym momencie zostaje przywalony tysiąckilogramową płytą - i w jaki sposób się ratuje? Otóż ma on tytanową protezę ręki, którą podtrzymuje płytę.

     No ale żeby się nie było, że nadmiernie narzekam, to warto wspomnieć  o jaśniejszych stronach książki. Chyba największą jej zaletą  jest to, że czyta się ją błyskawicznie. W samą akcję trudno się nie wdrożyć,  gdyż  jak wspomniałam dzieje się bardzo dużo i bardzo ciekawie. Bo kto z nas nie chciałby przeżyć tego co bohaterowie tzn. odbyć podróży pełnej przygód po całym świecie? A przy braku środków ersatzem zawsze może być książka.

                                                                Tekst: Irmina Kalotka



Kategoria: Recenzje książek | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--