Kobieta, która odeszła

The Woman Who Left / Ang babaeng humayo

  

W POLSKICH KINACH OD 10 LISTOPADA 2017

DYSTRYBUCJA: STOWARZYSZENIE NOWE HORYZONTY

 

 

KOBIETA, KTÓRA ODESZŁA

The Woman Who Left / Ang babaeng humayo

 


 

FILIPINY

 

rok produkcji: 2016

czas trwania: 229’

nagrody:

MFF w Wenecji 2016 – Najlepszy Film (Złoty Lew); Jameson Dublin International Film Festival 2017 – Najlepszy Reżyser; Dublin Film Critics Circle Awards - Najlepszy Reżyser

barwa: czarno-biały

język: filipiński

polski dystrybutor:

Stowarzyszenie Nowe Horyzonty

 


OPIS FILMU

Filmy Lava Diaza (Century BirthingFlorentina Hubaldo, CTE, 12. NH; Norte, koniec historii, 13. NH; Z tego, co było, po tym, co było, 15. NH; Kołysanka do bolesnej tajemnicy, 16. NH), jednego z tuzów kina azjatyckiego, czołowego przedstawiciela slow cinema, od dawna stanowią istotny punkt w programie kolejnych edycji MFF T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Bohaterką jego najnowszego dzieła jest Horacia, kobieta niesłusznie wtrącona do więzienia na 30 lat. Tuż przed wyjściem z zakładu dowiaduje się, kto faktycznie popełnił zarzucaną jej zbrodnię. Przez trzy dekady świat zdążył zmienić się na gorsze, jednak Horacia ze stoickim spokojem obmyśla plan zemsty na byłym kochanku. Diaz wrzuca swoją bohaterkę w dziki i nieznany świat Filipin końca lat 90., w którym bezwzględna przemoc i ciągłe porwania obywateli są na porządku dziennym. Brutalna rzeczywistość zmusza Horacię i wielu jej podobnych do zakładania masek, bycia kimś innym. Reżyser bezustannie każe bohaterom analizować wybory moralne i brać udział w niekończącej się walce o własne dusze. Najnowszy film Lava Diaza został nagrodzony Złotym Lwem na festiwalu w Wenecji. To nagroda dla mojego kraju, dla Filipińczyków. Za nasze trudy, za trudy ludzkości - powiedział Diaz, dziękując jurorom weneckiego festiwalu. Zainspirowało mnie opowiadanie Tołstoja. Przeczytałem je dawno temu, uleciały mi z głowy fabuła i imiona bohaterów. Ale zostało poczucie, że tak naprawdę nie rozumiemy naszego życia. To podstawowa prawda naszej egzystencji.

 

Media o filmie

 

Roman Gutek: Te filmy mają to, czego w kinie szukam: ciszę, melancholię, dramaturgiczny i estetyczny minimalizm, kontemplacyjny, powolny rytm.

Tadeusz Sobolewski, „Gazeta Wyborcza”: Złoty Lew dla Diaza odkrywa szerszej publiczności reżysera niezależnego, który od dwudziestu lat realizuje filmy znane głównie bywalcom festiwalowym (były na Nowych Horyzontach). Jego filmy - rzecz szczególna - trwają  po 7-8 godzin. Długie, czarno-białe ujęcia z nieruchomej  kamery - narracja powolna, ale wciągająca. Filmy te dzieją się współcześnie na Filipinach, dotykają bezprawia i samowoli władzy. Ich źródłem jest często  klasyczna literatura (m.in. Dostojewski).”The Woman Who Left” nawiązuje do krótkiego opowiadania Lwa Tołstoja ”Bóg widzi prawdę, ale czeka”. W dorobku Diaza jest to film wyjątkowy: trwa bowiem tylko 3 godziny 46 minut. Nauczycielka, niesłusznie skazana za zabójstwo, po 30 latach wychodzi z więzienia na skutek czyjegoś zeznania. Pragnie odszukać swoich bliskich i zemścić się na byłym kochanku, przez którego trafiła do więzienia.   

Wchłonięty przez Orient: Obserwując bohaterkę, widz może dostrzec, że Diaz od początku miał pomysł na wykreowanie i rozwinięcie jej postaci. Jego dzieło przybiera formę krótkiej rozprawy o dwoistości ludzkiej natury, portretując Horacię w skrajnych sytuacjach. Krótko po opuszczeniu więzienia jest zmuszona „założyć maskę”, w której, być może, chwilami czuje się aż zbyt wygodnie. Zawoalowanie prawdziwego charakteru przychodzi jej z trudem, ponieważ w mieście spotyka różnych ludzi, a każdy z nich potrzebuje pomocy. Dobrym przykładem jest Mameng – młoda, bezdomna kobieta, widząca demony we wszystkich ludziach, którzy nie są jej przychylni. Jednak to właśnie dzięki niej protagonistka zdobywa informacje (w zamian za zapłatę) potrzebne w realizacji planu zemsty. Staje się on pretekstem do podróży w głąb własnej duszy. Podróż tę, w mniejszym lub większym stopniu, odbywają wszyscy bohaterowie. Horacia, podobnie jak bohater cytowanego przez nią opowiadania, przez większość czasu pozostaje uwięziona w tytułowej Wieży ciemności, miejscu, w którym zmysły i człowieczeństwo zostają poddane najcięższej próbie. Z biegiem wydarzeń odkrywa jednak, że nawet z najmroczniejszych miejsc można odnaleźć wyjście.

Radek Folta, moviesroom.pl: Ten trwający prawie cztery godziny film wyjechał z Wenecji ze Złotym Lwem. Zasłużenie, bo mistrz Diaz stworzył jeden z najbardziej przystępnych, prostych, a zarazem niesamowicie absorbujących obrazów. Jeżeli lubicie wyzwania, czarno-białe zdjęcia, długie ujęcia i niewiele dialogów, ta opowieść o długo dojrzewającej w człowieku zemście będzie dla was. Gwarantuję, że wrócicie z tej podróży do Filipin odmienieni.

Krzysztof Kwiatkowski, „Gazeta Wyborcza”: Czterogodzinna, czarno-biała opowieść o zrujnowanym, wyzutym z solidarności społeczeństwie Filipin. To i tak jeden z krótszych filmów Lava Diaza, autora ośmiogodzinnej „Kołysanki do bolesnej tajemnicy”. Dla mnie jako artysty najważniejsza jest wolność. Nie zamierzam być więźniem 120 minut – tłumaczy reżyser. Film Diaza zachwyca. Ale czy jego długość nie zamienia społecznie zaangażowanego kina w zabawkę dla tych, którzy mogą sobie na jego oglądanie pozwolić? Tych, którzy nie muszą wtedy czekać w kolejce do pośredniaka albo przychodni?

Bartosz Marzec, 5kilokultury.pl: W „Wittgensteinie” tytułowy bohater stwierdza, że wszystko, co ważne, jest u świętego Mateusza, Dostojewskiego i Tołstoja. Tropy te są zauważalne w nowym filmie Lava Diaza; łączą się ze sobą, tworząc bardzo gorzką, ale koniec końców pozostawiającą nadzieję,  humanistyczną opowieść. Filipiński reżyser tym razem nie przeprowadza operacji na możliwościach percepcyjnych widza, „Kobieta...” to klasyczna narracja (choć oczywiście trwa te swoje niespełna cztery godziny), ale pozostawia pole dla satysfakcjonujących refleksji i niebanalnych interpretacji.

Marta Bałaga, film.onet.pl: Nieprzypadkowo odbierając nagrodę Diaz zadedykował ją właśnie Filipińczykom. „To dla mojego kraju” – powiedział, dziękując jury pod przewodnictwem Sama Mendesa. „Za nasze trudy i za trudy ludzkości.” Jednak polityczne przewroty i skandale z pierwszych stron gazet stanowią tylko tło, które rzadko wpływa na trudny los głównych bohaterów. Wszyscy, których spotyka na swojej drodze Horacia, egzystują z dnia na dzień: sprzedawca lokalnego przysmaku balut, bezdomna dziewczyna, cierpiąca na padaczkę transseksualna prostytutka. W radiu spiker donosi o śmierci księżnej Diany, a życie toczy się dalej. I zwykle przynosi tylko kolejne kopniaki. Diaz robi kino, które nie jest dla wszystkich. Prestiżowe nagrody i fabuła o sensacyjnym posmaku raczej tego nie zmienią. I co z tego? Jednego niedowiarka właśnie udało mu się nawrócić. Rozszerzona wersja męczącej superprodukcji Zacka Snydera „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” trwa 180 minut. Lepiej już obejrzeć najnowszy film Diaza – oferuje widzowi znacznie więcej niż tylko wycięty wcześniej w montażu występ Jeny Malone.

 

Rozmowa Marty Bałagi z Lav Diazem dla dwutygodnik.com

 

Marta Bałaga: Lubisz rosyjskich klasyków? W „Norte, koniec historii” nawiązałeś do „Zbrodni i kary”, teraz zainspirowało cię natomiast krótkie opowiadanie Lwa Tołstoja. 
Lav Diaz
: Nazywało się „Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy” i… wcale go nie pamiętam. Nie pamiętam nawet, jak nazywali się bohaterowie. Ale była w nim mowa o tym, że nie wiemy, czym tak naprawdę jest życie. To przesłanie tego filmu. Każdy z nas ma jakąś teorię na temat otaczającej nas rzeczywistości i każda z tych teorii jest błędna. Nasze życie to nie prosta linia mająca swój początek i koniec, tylko niekończący się cykl zdarzeń opartych na przypadku. Dlatego nie można niczego uważać za pewnik – wystarczy sekunda, by wszystko nagle uległo zmianie. Gdyby wybuchła tu bomba, może ktoś z nas by przeżył. Ale dlaczego właśnie on? Rosyjscy pisarze doskonale wiedzieli o tym, że w życiu można snuć sobie plany, a potem i tak nic z nich nie wyjdzie. Kiedy wreszcie zrozumiesz tę prostą prawidłowość, będą z ciebie ludzie.

 

W rosyjskich powieściach istotny jest nie tylko główny wątek – zawierają w sobie cały wszechświat. Często powtarza się, że nie można oddać tego w kinie. Zgadzasz się z tym?
Większość adaptacji Tołstoja czy Dostojewskiego skupia się tylko na jednym elemencie. Takie podejście wymaga chłodnego, analitycznego spojrzenia, bo patrzysz wtedy na powieść jak na ciało, które masz poddać sekcji. Ja tak nie robię. W tej literaturze najbardziej lubię właśnie nieskrępowanie. Wątki po prostu sobie płyną i występują z brzegów. W „Norte, koniec historii” mój bohater rzeczywiście przypomina Raskolnikowa, przeżywa podobne dylematy. Ale potem pojawiają się też inne tropy. Robiąc filmy, staram się zachować otwartość. Przez pewien czas mogę podążać jedną ścieżką, ale potem skręcam w inną i wcale nie muszę od razu wiedzieć, dokąd mnie zaprowadzi. Kiedy malujesz, masz przed sobą puste płótno, a nie szkic, który tylko wypełniasz kolorem. Pracujesz, a następnego dnia spoglądasz na obraz i nagle widzisz, że potrzebuje więcej czerwieni. Więc ją dodajesz.

 

Kino wymaga jednak planowania.

Może zamiast tego porozmawiamy o szamponach do włosów? Będzie prościej (śmiech). Mój proces jest bardzo organiczny. Wpadam na jakiś pomysł, coś mnie zainspiruje. To wystarcza. Nie oznacza to jednak, że nie zdarza mi się potem zmienić zdania. Na planie ciągle wprowadzam poprawki i jestem otwarty na sugestie innych. Po co się ograniczać? Kiedy zaczynasz pracę nad filmem, nie jesteś w stanie przewidzieć, z czego będzie warto skorzystać i na co skierować kamerę. Dlatego nigdy nie korzystam ze storyboardów. Pieprzyć je! Tak – możesz mnie zacytować.

 

Twoje filmy zawsze w pewnym stopniu dotyczą tego, co dzieje się lub działo na Filipinach. Dlaczego?
Musimy pamiętać o tym, co spotkało nasz kraj. Sam dorastałem w okresie stanu wojennego [wprowadzonego przez Ferdinanda Marcosa – przyp. red.]. Najłatwiej byłoby pewnie o wszystkim zapomnieć, ale to błędne koło. Kiedy o niej zapominamy, historia lubi się powtarzać. I zwykle nie wynika z tego potem nic dobrego. Filipińczycy w twoim wieku nie chcą rozmawiać o przeszłości. Zupełnie ich to nie interesuje. Nie twierdzę, że nie należy patrzeć przed siebie, ale nie możemy zupełnie odcinać się od tego, co było. Ja na pewno nigdy tego nie zrobię. Przeszłość mnie ciekawi. Przyglądam się jej tak, jak przyglądam się moim rodakom i naszej kulturze – przez lupę. To ważne, bo w przeciwnym razie gubimy gdzieś naszą tożsamość. Kiedy zgniją korzenie, nawet najsilniejsze drzewo w końcu runie. W życiu trzeba mieć jakieś zaczepienie.

 

To przekonanie, które podziela wielu filipińskich filmowców. Ostatnio udało mi się porozmawiać z Gutierrezem Mangansakanem II, który powiedział, że nauczył się od ciebie jednego: nigdy nie iść na kompromis.

Kompromis to trucizna, która cię pomału wykańcza. Zatruwa duszę i na dobre przeinacza twoją osobowość. Młodzi ludzie nigdy nie powinni dać sobie wmówić, że jest inaczej. Na kompromis mogą sobie iść prostytutka i jej stręczyciel, ale dla artysty zwykle oznacza to koniec.

 

Czy właśnie dlatego twoje filmy są tak długie? „Kołysanka do bolesnej tajemnicy”, którą zaprezentowałeś w Berlinie, trwała osiem godzin. „Kobieta, która odeszła” – zaledwie cztery. Nie wydaje ci się, że zniechęcasz tym swoich odbiorców? 

Pokaż mi reżysera, który robiąc filmy, myśli o widzach. Jeśli taki istnieje, jest z niego skończony dureń. Przecież postępując w ten sposób, od razu idziesz na ten pieprzony kompromis! Jeśli nie stawiasz widzom żadnych wyzwań, jeśli nie potrafisz zaproponować im niczego nowego, twoja praca nie ma sensu. Gdybym tak zrobił w przypadku tego filmu, powstałaby z tego jakaś telenowela. „Horacia wychodzi z więzienia i postanawia zabić zdradzieckiego Rodrigo – nie przegap kolejnego odcinka!”. Nie chcę odwalać chałtury, tylko pokazywać prawdziwe życie. A ono nie składa się ze scen akcji, tylko z dłużyzn i dygresji. Horacia ma przed sobą jasny cel, ale nie osiągnie go od razu. Ty też nie wstałaś rano i nie przyszłaś na wywiad: wstałaś, szukałaś czegoś do zjedzenia, wysłałaś jakiś tekst, ktoś z tobą rozmawiał, może nawet śmiertelnie cię znudził. Na każdą wykonywaną przez nas czynność składa się tyle etapów, że na samą myśl najchętniej byśmy z niej zrezygnowali.

Po co ci więc ta sensacyjna otoczka?

Opowiadam o ludziach, a zemsta jest jednym z najbardziej ludzkich odruchów. Mamy w sobie nienawiść. Kiedy spotyka cię niesprawiedliwość, budzi się w tobie gniew – tak już jesteśmy skonstruowani. Horacia spędziła za kratkami 30 lat, skazana za zbrodnię, której nie popełniła. Więc co robi, gdy wreszcie wychodzi na wolność? Zaczyna szukać osoby, która za to odpowiada. To bardzo ludzkie. Jednocześnie jednak czas spędzony w więzieniu robi z niej inną, może nawet dużo lepszą osobę.

 

No właśnie, twoi bohaterowie to kobiety z przeszłością i mężczyźni po przejściach. Żyją w strasznych warunkach, ale mają w sobie jednocześnie bardzo dużo ciepła. 

Nie znoszę używać tego słowa, ale tak właśnie jest: w tym filmie jest nadzieja. Bez względu na to, co robisz i jak wygląda twoje życie, zawsze masz nadzieję na lepsze jutro. Najlepiej wyraża to chyba postać tego nieszczęsnego sprzedawcy balotów. Rzadko udaje mu się coś sprzedać, ludzie wciąż go okradają, a on i tak każdej nocy wychodzi na ulicę. Bo może dziś będzie inaczej. Może wreszcie uśmiechnie się do niego los, a sprawiedliwości stanie się zadość. Nie uważam takiej wiary za głupią, nie wyśmiewam się z jego naiwności. Nadzieja sprawia, że jego życie ma sens. Co z tego, że nic z tego nie wynika. Przynajmniej ma na co czekać.

 

Czas nie stoi jednak po jego stronie. Akcja filmu toczy się w 1997 roku, kiedy Filipiny przeżywały prawdziwą plagę porwań. Czemu postanowiłeś wrócić do tego okresu?
Dużo czytałem o tamtych latach. Hongkong ponownie stał się częścią Chin, Filipińczyk zamordował Gianniego Versace, księżna Diana zginęła w wypadku samochodowym. W „The Woman Who Left” pokazuję, co się wtedy działo, ale jednocześnie skupiam się na teraźniejszości. Bo kino zawsze jest przede wszystkim teraźniejszością. Może właśnie dlatego zawsze uwielbiałem filmy Tarkowskiego – bawił się w nich pojęciem czasu. Jak powiedział kiedyś André Bazin: „Śmierć to zwycięstwo czasu”. Ale religie uczą nas, że w śmierci jest też odrodzenie, więc czas stanowi dla nas pewną zagadkę.

W filmie „Kobieta, która odeszła” po raz kolejny zdecydowałeś się na czarno-białe zdjęcia. Mają w sobie coś z niemieckiego ekspresjonizmu. 

Uwielbiam te filmy – bardzo mnie inspirują. Niemiecki ekspresjonizm miał w sobie pewne nieskrępowanie. Sytuacja polityczna sprawiła, że filmowcy zostali wtedy odizolowani od reszty świata. Stworzyli więc coś zupełnie wyjątkowego i za jego pośrednictwem komentowali zachodzące zmiany. W moim kraju podobną funkcję pełniły komiksy. Wiele osób pyta mnie czasem, czy fascynuje mnie twórczość Sebastião Salgado. Pracowałem kiedyś jako dziennikarz i podoba mi się jego reporterskie podejście, ale prawda jest taka, że przede wszystkim ukształtowały mnie właśnie te czarno-białe komiksy. Jeśli chodzi o wygląd moich filmów, jestem bardzo zdyscyplinowany. Kiedy dorastałem, kino było dla mnie ucieczką. Oglądałem osiem filmów tygodniowo i wszystkie były czarno-białe. Tak już zostało.

A nieruchome ujęcia?

W kinie łatwo o manipulację. Podczas montażu możesz zmienić wymowę każdej sceny. Tego uczą cię w szkole filmowej – by zawsze mieć w zapasie kilka różnych ujęć. Więc potem robisz zbliżenie twarzy i od razu staje się jasne, co chcesz przez to powiedzieć. Moje ujęcia są nieruchome, bo tylko wtedy aktorzy mogą zdobyć się na szczerość. Zbliżenia nie są szczere.

 

Bo od razu wskazują, na co patrzeć?

I mówią, co myśleć. To nudne. Nie twierdzę, że moje filmy są lepsze od innych, ale staram się za wszelką cenę unikać konwencji. Ludzie mówią: „Film powinien trwać dwie godziny, bo nikt go nie obejrzy”. Pieprzyć to. Jeśli wymaga tego historia, mój film będzie trwał czterdzieści godzin. Nie siedzę w więzieniu i mogę robić to, co mi się podoba. Wolność to pewna utopia, ale może stanowić też styl życia. Kiedy zrobiłem swój pierwszy pięciogodzinny film, wszyscy powtarzali, że jestem skończony. Więc zrobiłem kolejny, który trwał dziesięć. Kino jest elastyczne – to medium, które nie ma ograniczeń. Dlatego trzeba testować jego wytrzymałość. To nie gumka. Nie pęknie.

Rozmawiała Marta Bałaga

 

Rozmowa Natalii Kaniak z Lav Diazem w Gazecie Festiwalowej „Na horyzoncie”


Wiesz, że nazywają Cię duchowym ojcem kina filipińskiego? 

– Takie etykietki wymyślają ludzie od festiwali. Dla mnie duchowym zajęciem jest patrzenie na drzewa. To, jak odnajdujesz sens życia. Matka gotująca jedzenie dla swoich dzieci i dobierająca im odpowiednie składniki diety – to jest duchowe! Robienie kina i dbanie o nie – to jest duchowe! Ale tu nie chodzi o wiarę w Boga. Kino jest Bogiem.

Większość Twoich filmów utrzymana jest w czerni i bieli. Dlaczego, skoro tak ważną rolę odgrywa w nich natura?

– Dorastałem, oglądając mnóstwo czarno-białych filmów i telewizji, więc wyrobiłem w sobie taki sposób patrzenia. Robiłem kilka kolorowych filmów, ale jednak wolę monochromatyczne. To kwestia gustu.

Skąd pomysł robienia 6–7-godzinnych filmów? 

– Nie zważam na to, ile trwają. Uważam, że kino powinno być wyzwolone od konwencji. Kto powiedział, że film powinien mieć 1,5 godziny? Jeżeli postrzegać kino jako sztukę, to nie powinna mieć ona żadnych granic. Wiem, że rynek filmowy chce profitu, ale nikt nie pyta malarza, dlaczego jego płótno jest tak duże albo tak małe.

Słuchałam muzyki, którą robisz. Niestety, nie mogłam nigdzie znaleźć tłumaczenia tekstów.

– I nie znajdziesz. Muzykę robię od lat, ale jej nie sprzedaję. Komponuję, piszę poezję, kręcę filmy. Dla mnie to wszystko jest sztuką, jednym organizmem.

Czy chciałbyś, aby Twoje filmy wyświetlano obok produkcji popularnych?

– Jasne, ale to niemożliwe. Dystrybutorzy to ludzie sukcesu i profitu. Oni mają w dupie kulturę, ważna jest tylko kasa. Za coś muszą jeździć na Bahamy. 

Rozmawiała Natalia Kaniak

 

Rozmowa Magdaleny Bartczak z Lav Diazem dla portalfilmowy.pl

 

portalfilmowy.pl: Jak wyglądały pańskie początki pracy reżyserskiej?
Lav Diaz: Zawsze marzyłem, żeby zostać filmowcem. Chodziłem na warsztaty i kursy reżyserii, gdzie wszystkiego trzeba było uczyć się w ekspresowym tempie. Tam miałem okazję pierwszy raz w życiu trzymać w ręku kamerę i zobaczyć, jak wygląda praca na planie. Zacząłem też próbować sił w pisaniu scenariuszy.

 

PF: Były to scenariusze do filmów akcji, a więc kina dalekiego od uprawianej obecnie estetyki…

LD: W młodości wygrałem konkurs dla scenarzystów. Wkrótce potem ja i mój znajomy zostaliśmy zaproszeni do napisania scenariusza dla pewnego większego projektu. To była świetna okazja, aby zobaczyć jak wygląda praca na planie i organizacja produkcji filmowej. Pisałem też scenariusze do seriali, programów dla dzieci i filmów telewizyjnych – niektóre z nich były filmami akcji.

 

PF: Jest pan nie tylko reżyserem i scenarzystą, ale też kompozytorem i poetą. Do czego porównałby pan swoje kino, do muzyki czy poezji?

LD: To wszystko powinno płynnie się ze sobą przenikać. W kinie, jakie teraz uprawiam, wszystko wydaje się organiczne. A praca nad każdym moim projektem jest zwykle długim procesem. Najpierw odwiedzam miejsca, gdzie planuję nakręcić film, tam rodzi się koncepcja filmu. Zawsze wszystko zaczyna się od miejsca.

 

PF: Zatem na samym początku kina zawsze jest przestrzeń?

LD: Tak, choć czasem inspiracja przychodzi z innej strony – na przykład w czasie snu, na chwilę przed przebudzeniem. W ten sposób znalazłem pomysł na „Florentinę Hubaldo”: przyśniło mi się trzech mężczyzn kopiących dół – ich obraz był nagłym objawieniem. Z tej wizji zrodził się pomysł na film, a trzy tygodnie później byliśmy już na planie. Z kolei inspiracja do mojego wcześniejszego filmu, „Century of Birthing” zrodziła się z moich życiowych doświadczeń – od lat mam problemy z realizacją od dawna planowanej produkcji, „Woman of the Wind”. Stąd wzięła się koncepcja na film o kręceniu filmu, a jedną z głównych postaci uczyniłem reżysera zmagającego się z trudnościami pracy na planie.

 

PF: Podobnie jak filmowy Homer nie kręci pan scen w porządku chronologicznym?

LD: To prawda, kręcenie filmu jest dla mnie jak malowanie obrazów lub improwizacja w muzyce – w tym samym czasie pojawia się wiele różnych pomysłów i emocji, za którymi spontanicznie podążam i które później w naturalny sposób składają się w harmonijną całość. Właśnie tak według mnie rodzi się kino – inspiracje mogą pochodzić z wielu stron, czasem tylko trzeba na nie trochę poczekać.

 

PF: Czy w związku z tym pracuje pan według gotowego scenariusza czy też improwizuje pan na planie?

LD: Zawsze pracuję ze scenariuszem, staram się być jak najbardziej konkretny, gdy charakteryzuję swoje postaci, także scenariusz powinien być precyzyjny i spójny. Ale na planie aktorzy mają pełną dowolność interpretacji. Między innymi dlatego decyduję się na długie ujęcia. Pragnę dać im wolną rękę, aby spokojnie rozwijali swoje historie i nadawali postaciom autentyzmu.

 

PF: Kiedy myślę o pańskiej twórczości, widzę w niej kino w stanie czystym – jego odbiór przynosi nie tylko doświadczenie estetyczne, lecz także metafizyczne. Jak osiąga się tę czystość?

LD: Przede wszystkim poszukuję w kinie prawdy – ona jest dla mnie podstawowym celem. Staram się znajdować wizualne odpowiedniki tego, co chcę opowiedzieć i długo zastanawiam się, jakie obrazy będą najtrafniej przedstawiać wprowadzany temat. Nie jest to łatwe, ale gdy udaje się ten cel osiągnąć, to daje to poczucie wyzwolenia.

 

PF: Kilka lat spędził pan w Nowym Jorku. Co to panu dało?

LD: W moim życiu zmieniło się wszystko. Przeprowadziłem się tam, bo potrzebowałem pieniędzy i chciałem wyżywić swoją rodzinę. Gdy wcześniej próbowałem pracować w Manili, czułem się stłamszony, a przeprowadzka do Nowego Jorku mnie wyzwoliła. Zobaczyłem ludzi, którzy robili filmy samodzielnie, wyposażeni tylko w lekką kamerę 16mm. Poznałem artystów, którzy pracowali całkowicie niezależnie. To miasto zaszczepiło we mnie poczucie wolności i poczucie, że samodzielna praca poza studiem jest możliwa. W tym sensie Nowy Jork przyniósł mi objawienie.


KONKURS! Mamy dla Was podwójne zaproszenia na pokaz tego filmu 7 listopada o 19:00 w Kinie Muranów. Aby wziąć udział w konkursie zgłaszajcie się w komentarzach pod postem na FB. Przed końcem środy część spośród osób, które to uczynią otrzymają na FB powiadomienia o wygranej. Powodzenia!


Kategoria: Aktualności | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:
film Gutek Film Kobieta która odeszła



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--