33. WFF: Potęga mediów społecznościowych

        Przeglądając katalog festiwalowy łatwo było znaleźć film wyróżniający się najostrzejszym tytułem. Oko samo zatrzymywało się przy tak niecodziennej nazwie w wysokiej kulturze jak „Znajdźcie tę głupią sukę i wrzućcie do rzeki”. Okazało się, że nie był to zabieg pijarowy, gdyż najważniejsza w całym tym projekcie okazała się historia, w której nazwa staje się tylko emblematem internetowej nienawiści. Ben Brand świetnie obrazuje wycinek z życia rodzeństwa żyjącego nieco na uboczu dzisiejszego świata i nie zdającego sobie do końca sprawy z potęgi mediów internetowych. Młody Remco pragnie zaistnieć, więc wgrywa do jednego z serwisów dystrybuujących filmy nagranie, gdy jego młodsza siostra topi szczeniaki. Brak w tym wszystkim informacji o fakcie, że są one chore. Jednak najistotniejszy jest tutaj schemat przepływu informacji. Nagranie zyskuje rozgłos, napędza fale narastającej nienawiści niemającej żadnych granic. W między czasie obserwujemy skromne życie rodzeństwa oraz ich ojca, będąc świadomymi tykającej bomby, która ma zniszczyć ich codzienność.  Holenderski film to gorzka lekcja tego jak łatwo niesprawiedliwie kogoś osądzić i przejść do roli oprawcy, zwłaszcza ludziom o wątpliwej życiowej etyce.

        Inne oblicze mediów pokazuje fabularyzowany dokument „Drib”, który traktuje o niedoszłej akcji reklamowej jednego z producentów napojów energetycznych. Pracująca dla niego firma zatrudniła performera na podstawie internetowej popularności. Oficjalnie dostał za zadanie wdawać się w bójki z o wiele silniejszymi od siebie rywalami.  Jednak wszystko było wyreżyserowane i tylko imitowało prawdziwość zdarzeń, aby wypromować reklamowany napój jako źródło mocy pozwalającej na pokonanie każdego przeciwnika. Owe nagrania miały być udostępniane anonimowo w internecie i korzystać z siły sugestii, a jednocześnie obejść przepisy etyki reklamy. Ostatecznie projekt nie ujrzał światła dziennego, ale performer postanowił ujawnić opinii publicznej do czego są zdolne agencje reklamowe. Kristoffer Borgli stworzył dzieło niskim nakładem pieniężnym, z dużą ilością warsztatowych niedociągnięć, ale jednocześnie urzekające niebywałą autentycznością i tematem wartym szerszej dyskusji.

        W większości krajów temat hodowli kur w mediach ogranicza się do krótkich wzmianek w programach rolniczych. Zupełnie inaczej jest w Nowej Zelandii, gdzie doskonalenie ras tych zwierząt oraz konkursy państwowe na najpiękniejszy okaz są pasją dużej części społeczeństwa. O tym niecodziennym fenomenie opowiada Slavko Martinov w „Porządku dziobania”. Pokazuje on owe zainteresowania z punktu widzenia kilku bohaterów w szerokim przedziale wiekowym, jak i charakteryzujących się różnym podejściem do swojego fachu. Nie zapomina też zawrzeć kilku pobocznych tematyk jak zazdrość międzyludzka czy siłę plotki w społeczności wiejskiej. Nowozelandzka produkcja udowadnia, że można zrobić dobry film na dosłownie każdy temat, a przy tym rozwinąć go o wyższe treści i pokazać wszystko z przymrużeniem oka. Dzięki temu podczas seansu nie brak salw śmiechu, a po nim poczucia poszerzenia światopoglądu i chęci chwilowej analizy danych wątków. Jest to kwintesencja festiwalowego kina warta zapiania z zachwytu.

Już wkrótce kolejne relacje z 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego!

 

Adam Berlik


Kategoria: Recenzja filmu | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:
film Warszawski Festiwal Filmowy



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--