Coach w kinie

Meryl Streep jak wino

 

Nie żebym nie doceniała jej dużo wcześniejszych ról i filmów. Wiem również, że swojego pierwszego Oskara dostała mając 29 lat.  Ale widać, że z wiekiem Meryl Streep nabiera coraz większego dystansu do siebie i do upływającego czasu. Nie robi ze swojej twarzy maski nafaszerowanej botoksem, czy innymi specyfikami mającymi „oszukać czas”. Ona nie musi oszukiwać czasu, bo ona się z nim zaprzyjaźniła. Czerpie z tej przyjaźni wiele radości, przyjemności i doświadczenia, a czas pięknie się odwdzięcza, co widać w kolejnych jej rolach, a szczególnie w tych komediowych.

Zgodnie też z dobrą zasadą, że człowiek się nie starzeje dopóki wciąż uczy się czegoś nowego, Meryl nie ucieka przed nauką. Do roli w jednym z poprzednich filmów („Nigdy nie jest za późno”) nauczyła się grać na gitarze (w wieku 60 lat) a teraz mając 67 lat nauczyła się fatalnie śpiewać. A może precyzyjniej będzie stwierdzić, że nauczyła się wydawać dźwięki, które ze śpiewem mają niewiele wspólnego, co wcale nie jest takie łatwe dla osoby dobrze śpiewającej (w filmie „Mamma Mia!”), jak twierdzą specjaliści w tej dziedzinie.



 

 Ależ ona masakrycznie fałszuje.

Oczywiście mowa o jej najnowszej roli w filmie „Boska Florence” (reż. Stephen Frears), gdzie gra Florence Foster Jenkins, która mimo fatalnego głosu postanowiła śpiewać i występować na najlepszych scenach, i nawet groźba wydziedziczenia jej przez bardzo majętnego ojca nie powstrzymała tego brawurowego pomysłu. Ojciec jednak nie wydziedziczył Florence i dzięki pokaźnemu spadkowi mogła realizować nie tylko swoje marzenia (była również działaczką społeczną). To w ogóle ciekawa postać. A dzięki temu filmowi można poznać kilka mniej znanych faktów z jej życia, które pozwalają inaczej na nią spojrzeć. Jakich faktów? No nie powiem, żeby nie psuć radości oglądania i zadumy nad dziwnymi kolejami losu.

Powiem jedynie, że Hugh Grant grający jej męża to bardzo dobry wybór.

Dodam również, że według mnie to nie jest film o najgorszej śpiewaczce świata, jak była nazywana Florence Foster Jenkins.

To film o wyjątkowej, niebanalnej kobiecie mającej marzenia i realizującej je po swojemu.

To również film o wyjątkowej miłości i przyjaźni, którą może niektórzy nazwą bardzo interesowną, ale czy aby na pewno taka była? Zobaczcie sami, albo z kimś…

 

…i nie zapominajcie o realizacji swoich marzeń i planów… i tych wielkich, i tych całkiem małych.

Aha, może warto też pomyśleć o zakolegowaniu się z czasem?

 

 

 

Barbara Popławska

 

 


Kategoria: Multikino-poleca | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:
film kino Meryl Streep multikino



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--