„Zły porucznik” Wernera Herzoga w Kinie Muranów 

     W dobie masowej (re)produkcji remake’ów, Werner Herzog jako twórca „Złego porucznika” wyłamuje się ze schematu odtwarzania pierwowzoru („Zły porucznik” reż. Abel Ferrara) scena po scenie, zapożyczając zeń właściwie jedynie tytuł oraz ogólny schemat fabularny: stróż prawa, miast świecić przykładem, w brutalną kolizję z rzeczonym prawem wchodzi.

     Pierwsze sceny prezentują miasto pogrążone w chaosie po przejściu huraganu Katrina – przesiąknięty destrukcją krajobraz miejski koresponduje z krajobrazem wewnętrznym bohatera tytułowego: Terence’a McDonagh’a (Nicolas Cage), chaos zewnętrzny pozostaje w sprzężeniu zwrotnym ze stanem jego ducha.

     Pierwszy spektakularny wyczyn Terence’a ilustruje kwestię w sezonie wakacyjnym nader aktualną, a mianowicie brawurowe skoki do wody. Gdyby McDonagh znał polskie billboardy do ostrożności przed taką lekkomyślnością nawołujące, być może przed feralnym skokiem zastanowiłby się dwa razy. Ale zadziałał – nie ostatni raz zresztą - impulsywnie, co przyniosło mu splendor i zaszczyty z jednej strony – awans w nagrodę za uratowanie życia uwięzionego w zatopionej celi penitencjariusza. Ale z drugiej strony płytka wyobraźnia skutkuje kalectwem, uszkodzenie kręgosłupa spowodowało permanentny ból. Przerwy w ciągłości cierpienia gwarantują jedynie silne środki chemiczne – z czasem te legalne, przepisywane przez lekarza przestają wystarczać, porucznik sięga po te, które kategorycznie stróżowi prawa nie przystoją. Zwłaszcza, że powodowany narkotycznym głodem, potrafi szantażem, w którym policyjna odznaka stanowi mocną kartę przetargową, wyłudzać je od tych, których zgodnie z zawodowym etosem powinien raczej nawracać na drogę prawości i cnoty. Jeśli dorzucimy do tego skłonność do hazardu – wszak nałogi, jak na nieszczęścia przystało, lubią chodzić co najmniej parami – nie dziwi nas fakt, że policjant zaczyna w zawrotnym tempie staczać się po równi pochyłej.

     Gdy wydawałoby się, że lepkie bagno występku i zbrodni, w którym ugrzązł po pas, wciągnęło go już na dobre, następuje nieoczekiwany zwrot akcji. Los, wespół z dotychczasowymi antagonistami, zaczyna się doń szeroko uśmiechać, linia życia złego porucznika nabiera tendencji zwyżkowej. Na tyle niespodziewanie i spektakularnie, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż nagłe wyzbycie się problemów wyglądających na niemożliwe do rozwiązania, to jedynie rzutowanie myślenia życzeniowego McDonagh’a na obiektywną rzeczywistość, połączone z efektami trwałych zmian w mózgu – skutkami narkotycznych upojeń. Sądzę, że w tej kwestii - puszczając doń oko - pozostawia Herzog widzowi dowolność interpretacji.  A przynajmniej taką mam nadzieję, bo jednoznaczny happy end byłby zbyt grubymi nićmi szyty.

     Nie oszukujmy się – dzieła na miarę „Nosferatu wampira”  czy „Zagadki Kaspara Hausera” nie należy się spodziewać, niemniej jednak zobaczyć w końcu Nicolasa Cage’a w roli innej, niż napisana przez życie historia o bohaterze wyprzedającym kolejne rezydencje na skutek zagrożenia bankructwem – czemu nie. Do tego Eva Mendes, w roli ekskluzywnej prostytutki, przyzwoicie wypełniająca swoje zadanie, jakim jest cieszenie oka widza - aktorskiej ekwilibrystyki nikt od niej nie oczekuje. Plus smaczek dla fanów bryk odpicowanych w rytmie MTV: Xzibit w roli narkotykowego bossa. I wisienka na tym skromnym torcie: narkotyczne wizje porucznika: tańcząca breakdance dusza zastrzelonego chwilę wcześniej dość posuniętego w latach mafioza, którego nijak o takie pokłady energii nie można było podejrzewać. Oraz iguanie chóry.  

                              

               Tekst:  Marta Popławska

Foto: mat. prasowe



Kategoria: Recenzja filmu | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--