IV UNITED SOLO EUROPE FESTIWAL
Teatr SYRENA – 27 czerwca / 3 lipca 2016 r. 
Claire Porter - "Namely Muscles"
28 czerwca 2016 r.

Oficjalny drugi dzień Festiwalu był pierwszym, w którym widzowie obejrzeli spektakl grany wcześniej w Nowym Jorku. I to spektakl, który otrzymał jesienią ubiegłego roku nagrodę Best Poetry Show. Trzeba przyznać, że temat monodramu Claire Porter – „Namely Muscles” jest zaskakujący, a dla niektórych pewno i szokujący. Otóż, pani chirurg, która na wstępie, dosyć plastycznie opisuje swoje czynności wykonywane przy stole operacyjnym, ma już dosyć grzebania w tych wnętrznościach i oddzielania tkanek miękkich od kośćca i dla relaksu zaczyna zachwycać się mięśniami ludzkimi. Dowiadujemy się o tym stąd, że pani chirurg tak zachwyciła się nimi, że zaczęła pisać wiersze na ich cześć. I wydrukowała cały tomik poezji na ten temat. Spektakl „Namely Muscles” jest „wieczorem autorskim”, na którym ambitna poetka (pani chirurg) czyta publiczności swoje wiersze, przeplatając je swoimi komentarzami, oczywiście na temat tychże mięśni właśnie!

Chyba nikt wcześniej nie wpadł na ten szalony pomysł, aby pisać ody na część mięśnia obojczykowo-mostkowo-sutkowego, albo przytaczać „dialog” mięśni o trudno powtarzalnych nazwach znajdujących się w żuchwie, albo wprost przeciwnie, np. z tyłu uda. A o tym właśnie jest ten monodram. I teraz nastąpi najdziwniejsze: jest to fascynujący, wciągający spektakl! Może w części środkowej można by go troszkę skrócić ale w zaprezentowanej wersji też ogląda się go bez zmęczenia!!!

Jest to możliwe dzięki temu, że Claire Porter oprócz aktorstwa, uprawia również zawodowo taniec. To widać w każdym jej geście i ruchu. A w czasie spektaklu wykonuje ich bardzo dużo i na pewno nie można nazwać jej występu - statycznym. Zresztą nic dziwnego, deklamując poemat na cześć jakiegoś mięśnia demonstruje jego działanie, a czasami gdy mięśnie występują w parze, ich współdziałanie, lub „kłótnię”. I wykonuje skomplikowane ćwiczenia gimnastyczne (jaskółki, czołgania, nożyce, stanie na głowie, zapętlenia na krześle itp.), cały czas mówiąc, często zmieniając głos i używając bardzo plastycznie mięśni twarzy. I nie widać po niej zmęczenia! Wyższa szkoła jazdy!

United Solo Europe Festiwal, to dla miłośników teatru w Polsce jest super kąsek, tym bardziej, że w tym roku pokazy odbywają się w formule identycznej, jak za oceanem. Wszystkie spektakle - oprócz tego pierwszego – grane są na scenie (to raczej nic dziwnego), ale widownia też ustawiona jest właśnie tam. Umieszczone na scenie fotele mogą pomieścić 60 widzów czyli tylu, ilu jednorazowo ogląda spektakle tego najważniejszego światowego festiwalu małych form, w Nowym Jorku. Za „wielką wodą” tak było od początku. W Warszawie, twórca całego festiwalu i jego dyrektor Omar Sangare, przez trzy lata obserwował publiczność i uznał, że w pełni zasługuje na ten właśnie sposób pokazywania monodramów. Taka formuła jest kwintesencją aktorstwa. Sięga do korzeni ludzkości i sposobu przekazywania sobie informacji. Narrator / opowiadający / aktor jest tak blisko odbiorców / widzów, że już bliżej się nie da. Tu nic się nie ukryje. Tu nie ma odległości / dystansu, jest bezpośredni kontakt aktora i widza. Nie ma miejsca dla suflera siedzącego w kulisie. Dlatego w tej formule sprawdzają się tylko najlepsi! Sangare, jeszcze w Polsce, mógł obserwować z bliska największego z największych, czyli Tadeusza Łomnickiego, gdy ten grał w  Teatrze Studio swoje monodramy beckettowskie, w reżyserii Antoniego Libery. Wszystkie były grane na małej scenie, bardzo blisko publiczności. I to one wzbudzały entuzjazm odbiorców, bez względu na to w jakim kraju były grane ( m. in. w ramach corocznych, międzynarodowych festiwali – „Teatr w Walizce”) i przeszły do historii nie tylko teatru, ale kultury w ogóle! Łomnicki, grając inne monodramy, na dużych scenach też robił to genialnie (np. „Ja Feuerbach” Tankreda Dorsta, w reż. samego Łomnickiego, w Teatrze Dramatycznym), ale…. to już nie było TO!

Zastosowanie takiej formuły, to bardzo dobre posunięcie ze strony dyr. Sangare. W ten sposób widz w sposób dosłowny obcuje z „czystą, chemicznie wypreparowaną sztuką”. 
Oczywiście, ryzyko jest ogromne, albowiem aby ta formuła się sprawdziła, musi być spełniony jeden, podstawowy warunek: aktor musi być najwyższej klasy rzemieślnikiem, albo posiadać ten „dar od Boga”. Tak jak Łomnicki.
Warszawscy widzowie są w tym dobrym położeniu, że oglądają spektakle już wyselekcjonowane i nagrodzone, a więc ryzyko jakiegoś niewypału, jest bardzo, bardzo małe.

W każdym razie Claire Porter, pomimo bardzo wysoko zawieszonej (przez samą siebie) poprzeczki, wyszła z tej próby zwycięsko.

W tegorocznej edycji nowojorskiego festiwalu, Claire Porter będzie występować ponownie, oczywiście już inną sztuką, więc nie wykluczone, że jeszcze zobaczymy tę artystkę w Warszawie.

TEKST: KRZYSZTOF STOPCZYK
FOTO: materiały prasowe Teatru Syrena


Kategoria: Recenzje spektakli | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:
monodram teatr Teatr Syrena



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--