31. WFF: Od popkultury po istotę kina

            Takeshi Kitano to jeden z ulubieńców warszawskiej publiczności. Po zaprezentowaniu w poprzednich latach  „Glory to the Filmmaker!” i „Outrage”, w tym roku wraca z nową propozycją pod tytułem „Ryuzo i siedmiu najemników”. Reżyser połączył w niej wątki rodem z klasycznych filmów z Samurajami oraz kryminałów, w których w środku wydarzeń jest Yakuza. W takie konwenanse wpleciona została historia gangstera na emeryturze o imieniu Ryuzo.  Wiedzie on spokojne życie, aż do momentu, gdy przestaje się zgadzać z rządami korpo-mafii. Postanawia z nią walczyć i ponownie zasłużyć na szacunek i sławę na terytorium uważanym przez niego za swoją własność. W tym celu nawiązuje kontakt z innymi podstarzałymi członkami Yakuzy. Razem tworzą nową rodzinę, która w imię wyższych wartości rzuca wyzwanie młodszemu pokoleniu gangsterów. Kitano stworzył pozytywną i zabawną opowieść o starszych ludziach, którzy poprzez swoje działania chcą odmłodnieć i ponownie poczuć się dla kogoś ważnym. Ten promyk nadziei w bohaterach jest największym atutem tej komedii. W samej Japonii cieszyła się ona wielką popularnością, co bezpośrednio przełożyło się na sukces kasowy.


            Inną wariację na temat Yakuzy zaprezentował z kolei Takashi Miike. Jego „Yakuza Apocalypse” to przykład filmowej ostrej jazdy bez trzymanki. Kamiura jest nieustraszonym gangsterem-wampirem. Nikt nie może go zabić ze względu na jego nadprzyrodzone mocne. Jednak jego konkurenci w końcu znajdują sposób, aby to uczynić. Gdy to im się udaje, rozpoczyna się szereg pojedynków na śmierć i życie między oboma konkurencyjnymi mafiami. A to wszystko za sprawą Kageyamy, następcy Kamiury, który postanawia w imię pamięci swojego mentora zabić wszystkich członków wrogiego syndykatu. Miike przedstawia to wszystko w dowcipny, ale i bardzo krwawy sposób. Połączenie takich elementów pozwoliło mu na wykreowanie kilku naprawdę niezłych scen,  ale  nie zmieniło to ogólnego wrażenia, że całości bliżej do popkulturowej papki składającej się z mozaiki przypadkowo sklejonych scen.


            Podczas festiwalowych seansów można znaleźć wiele naprawdę dobrych propozycji. Jednak każdy widz uczęszczający na takie wydarzenia kulturalne jak Warsaw Film Festival nie pozwala sobie na zadowolenie się tym faktem. Wśród licznych tytułów poszukuje dla siebie dzieła-perełki, z którym zapoznanie się nie byłoby możliwe w powszechnej dystrybucji filmowej. W tym roku na miano filmowego skarbu bezwątpienia zasługuje "Mój syn" autorstwa Remy'ego van Heugtena. W genialny sposób przeniósł on widzów w świat skomplikowanej relacji ojciec-syn. Choć filmów o takiej tematyce powstało już bez liku, to ten wybija się o galaktyki ponad obraz portretujący specyfikę trudnej rodzicielskiej miłości. W tym przypadku emocjonalność została wywindowana na niebywały poziom, a to wszystko za pomocą linii fabularnej, która wydaje się nieokiełznana niczym specyficzny Jeffrey Frissen. Jego miłość względem Tjeu jest równie wielka, co destrukcyjna i nieprzewidywalna. Dzięki temu ważna staje się nie tylko ciekawość przebiegu dalszych wydarzeń, lecz także wysiłek włożony w zrozumienie głównego bohatera. Już w piątek ostatnia szansa by zobaczyć to holenderskie dzieło. Pójdźcie, nie możecie tego przegapić!


            Wśród dokumentów jednym z najciekawszych tytułów jest z kolei "Deep Web". Reżyser filmu - Alex Winter - podobnie jak wielu jego rodaków po fachu porusza tematykę wolności amerykańskiego obywatela w internecie. Tym razem sytuacją do tego skłaniającą jest proces legendarnego założyciela Silk Road, czyli serwisu, w którym na wielką skalę były dystrybuowane niedozwolone używki. Użytkownicy opłacali swoje zamówienia za pomocą sztuczniewykreowanej waluty zwanej Bitcoin. Dread Pirate Roberts, bo pod takim loginem ukrywał się w sieci administrator pionierskiego portalu, został w końcu aresztowany przy współpracy dosłownie wszystkich amerykańskich służb specjalnych. Wintera skupia się na ukazaniu fenomenu Silk Road i sylwetki Rossa Williama Ulbrichta, który został oskarżony o wiele przestępstw, także tych zaprzeczających ideologii serwisu, jak i jego samego. Amerykański dokument stanowi próbę zrozumienia 30-letniego mężczyzny, który w imię pacyfizmu postanowił łamać prawo. Jednocześnie historia Robertsa jest sygnałem dla świata, że w Stanach Zjednoczonych ludzi dzieli się na lepszych i gorszych. Część Amerykanów, zwłaszcza tych związanych z organizacjami rządowymi, może zdecydowanie więcej od pozostałych.

Już wkrótce kolejne relacje z 31. Warsaw Film Festival!

 

 


Kategoria: Recenzja filmu | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--