OKIEM  OBSERWATORA

20.06.2015 (sobota) – wieczór szósty

Julian Goldhagen - Talk to me about shame

Aktor, performer, pisarz, działający na międzynarodową skalę w organizacjach pozarządowych, promujących prawa kobiet, bezpieczeństwo żywnościowe i równy dostęp do edukacji wczesnoszkolnej. Koncentruje się głównie na tematach zdrowia psychicznego, sprawiedliwości społecznej i problemów LGBTQ. Walczy o prawa obywatelskie z reżimami w Birmie, na Kubie i Białorusi. Na Festiwalach United SOLO, w Nowym Jorku dwukrotnie zdobywał nagrody: w 2012 – z „Talk to me about Shame” - za Najlepszą Improwizację i w 2013 jego „Poetry about how difficult it is to be in your twenties” uznano za Najlepsze Przedstawienie Eksperymentalne.

W 2011 r, po serii samobójstw młodzieży LGBTQ, jako świeżo upieczony absolwent NYU Tisch School of the Arts, Goldhagen napisał “Talk to me about shame”. Pomysł, na który wpadł był jednocześnie i prosty i piekielnie trudny. Prosty, bo narodził się w sposób naturalny, niejako przy okazji rozmów prowadzonych z ludźmi na różne, kontrowersyjne tematy. A dlaczego trudny? Niech Państwo spróbują publicznie porozmawiać na tzw. „wstydliwe” tematy!

Dosyć szybko Goldhagenowi wykrystalizował się projekt, który realizuje od tamtej pory. Nagrywa swoje rozmowy na temat wstydu – oczywiście po uzyskaniu zgody interlokutorów – a następnie analizuje je i wykorzystuje do swoich działań społecznych i teatralnych.

Na tej bazie powstał fascynujący spektakl - Talk to me about shame – będący właściwie publicznym warsztatem. Publicznym dlatego, że takie prawdziwe warsztaty medyczne, psychologiczne, czy teatralne odbywają się  z reguły w małych grupach. A Talk to me about shame ma status spektaklu teatralnego / monodramu. Niby racja, ale….. okazało się, że tak naprawdę udział w nim i to aktywny bierze cała widownia, bez względu na to jak jest liczna.

Talk to me about shame zaczyna się jak u Hitchcocka, od trzęsienia ziemi, a następnie napięcie wzrasta. Gdy publiczność oczekuje w foyer wpuszczenia na widownię, w pewnym momencie drzwi się otwierają i młody, przystojny i dobrze zbudowany mężczyzna zaprasza widzów do wejścia. Jest tylko jeden dosyć istotny szczegół: mężczyzna jest ubrany jedynie w bardzo skąpe pielucho-majtki.

Przez kilka minut Julian Goldhagen (bo to on jest tym mężczyzną) chodzi wśród widzów na widowni i zagaduje do nich na najróżniejsze tematy. Zachowuje się absolutnie naturalnie, w sposób ujmujący i kulturalny. Panie są zachwycone, panowie skonfundowani, a wszyscy mocno zaciekawieni.

Prawdziwy spektakl zaczyna się w ten sposób, że Goldhagen wyjaśnia ogólny schemat: spektakl grany jest w języku angielskim. Nad sceną umieszczony jest ekran, na którym wyświetlane jest tłumaczenie tekstu. Ale w pierwszym rzędzie siedzi tłumaczka, która będzie tłumaczyła symultanicznie te fragmenty, które będą improwizowane z udziałem publiczności. Ta informacja powoduje zrozumiałe poruszenie u widzów.

No i zaczyna się spektakl / warsztat / eksperyment na żywym organizmie. Goldhagen ma w sobie takie pokłady uroku, entuzjazmu i naturalności, że publiczności zupełnie nie przeszkadza ani jego strój (a właściwie brak takowego), ani tekst, poruszający coraz bardziej intymne tematy. Podawany jest on zresztą w rewelacyjny sposób, świadczący o ogromnych aktorskich umiejętnościach Goldhagena.

Co kilka minut następuje część interaktywna / warsztatowa. Aktor zamienia się w moderatora i z mikrofonem w dłoni wchodzi między rzędy i zadaje widzom bardzo osobiste pytania. Oczywiście za każdym razem na wstępie pyta, czy może to zrobić. Nikt nie odmówił!  Pytania są bardzo różne, np.: „Czego, jako dziecko wstydziłaś się najbardziej?”; „Czy jest jakaś rzecz – temat, którego tak się wstydzisz, że nie jesteś w stanie porozmawiać o tym nawet z najbliższymi?”: „Czy jest jakiś temat, o którym ze względu na Twój wstyd, nie chciałabyś aby dowiedziała się Twoja Babcia?”, itp. W tym ostatnim przypadku, odpowiedź która padła brzmiała: „Tak! Moje życie seksualne”,  spowodowała króciutki komentarz prowadzącego. Stwierdził, że na to pytanie, na całym świecie, w zdecydowanej większości, pada właśnie taka odpowiedź!

W części warsztatowej moderator używał flipchartów, na których wypisane były różne teksty, które należało głośno i wyraźnie odczytywać. No i tu zaczęły się „schody”, bo jeszcze w przypadku: „lubię sex” chór głosów damsko męskich brzmiał donośnie, to już przy pochwale masturbacji, sexu analnego, czy kilku dalszych głośnych czytań, ilość lektorów wyraźnie zmalała.

Dzięki formie zastosowanej przez Goldhagena, zupełnie niepostrzeżenie dla publiczności zaczęła ona aktywnie uczestniczyć w akcjach, które w innych warunkach powodowałyby u niej odruchy wstydu.

Taka formuła interakcji z publicznością, jest niebezpieczna, bo zawsze znajdzie się ten „najmądrzejszy na świecie”, który wie wszystko lepiej, nawet język zna lepiej od tłumacza, a moderatorowi też jest gotów przekazać prawdy objawione. W takiej sytuacji dużo zależy od prowadzącego – Goldhagen  bardzo dobrze poradził sobie – i publiczności. Ta też stanęła na wysokości zadania i drwiąco zaczęła dopominać się aby chwilowy „aktor” przetłumaczył sam siebie. Tu nastąpiła autokompromitacja, bo okazało się, że to jednak przerasta siły samego zainteresowanego. Ale w sumie taka sytuacja stanowiła wartość dodaną spektaklu, bo takie jest ryzyko działań na żywo  ale również ich koloryt.

Jednak apogeum miało dopiero nastąpić. W części aktorskiej, w czasie długiej i znakomicie odgrywanej opowieści o wyprawie na afrykańską górę, Goldhagen zerwał ze siebie pielucho majtki i resztę spektaklu grał tak, jak go stworzył Pan Bóg. I to bynajmniej, nie wstydliwie odwrócony tyłem do publiczności. Wprost przeciwnie! Trzeba przyznać, że stworzyło to sytuację niecodziennie spotykaną na polskich scenach. Ale zaskakującą może być konstatacja, że nie było w tym żadnej wulgarności, ani obsceniczności. Wpływ na mógł mieć fakt, iż scena opowiadana i odgrywana przez Goldhagena na deskach Teatru Syrena, przypominała w swej ekspresji (i poniekąd tematyce) słynną scenę odegraną przez Quentina Tarantino w kultowym filmie „Desperado” [reż. Robert Rodriguez], z Antonio Banderasem w roli głównej. Etiuda Tarantino dotycząca zakładu w barze, dzięki ekspresji opowiadającego warta jest każdych pieniędzy. Podobnie się rzecz ma z Goldhagenem. W obu przypadkach, można by się dopatrzeć pewnej obsceniczności w treści, ale sposób, ekspresja, naturalność z jaką jest przekazana publiczności, całkowicie unieważnia fakt, że na scenie stoi, siedzi, chodzi, biega i wykonuje sporo innych czynności zupełnie nagi facet.

Ogromną wartością tego spektaklu jest to, że już w jego trakcie uruchamia się myślenie o wstydzie, zaś po jego zakończeniu głowa pełna jest różnych refleksji. A jak ktoś oglądał go w towarzystwie, to ma murowany temat do długich rozmów.

I to wszystko wymyślił i zrealizował (i to jak!) młody człowiek, w wieku naszego Roberta Lewandowskiego!

Ta obecna młodzież jest jednak zdolna!


TEKST: KRZYSZTOF  STOPCZYK

FOTO: materiały prasowe TEATRU  SYRENA


Kategoria: Recenzje spektakli | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--