OKIEM  OBSERWATORA

15.06.2015 (poniedziałek) – wieczór  pierwszy

Jan Peszek – Scenariusz dla nieistniejącego, ale możliwego aktora instrumentalnego (Bogusław Schaeffer).


PONADCZASOWY  PESZEK  


III warszawska edycja United Solo Europe, rozpoczęła się od krótkiego ale dowcipnego i konkretnego wystąpienia Dyrektora Festiwalu Omara Sangare, który oprócz miłego przywitania p.t. Publiczności, oraz przedstawienia bardzo krótkiego rysu historycznego nowojorskiego Festiwalu i stanu obecnego, wprowadził wątek bardzo osobisty, mówiąc, że widział ten spektakl „ (…) jeszcze w ubiegłym wieku i po jego obejrzeniu pomyślał sobie, że to fajnie być aktorem. A właściwie dlaczegóżby nie?”. Bardzo trafna recenzja! Smaczku dodaje jej fakt, iż „Scenariusz dla…..” napisany został przez Schaeffera na kilka lat przed urodzeniem się Pana Dyrektora, a Peszek zaczął go grać gdy Sangare był zupełnie małym dzieckiem.

 

 


Scenariusz dla…”  jest ewenementem nie tylko w Polsce ale również w skali europejskiej i światowej. Tylko „Kontrabasista” Jerzego Stuhra może się z nim równać ale i tak jest o całą dekadę „młodszy”.

Jak wytłumaczyć ten fenomen?  Po pierwsze w sztuce nigdy nie wiadomo co się spodoba publiczności i co zdobędzie jej uznanie! Koniec! Kropka! Jednak w tym konkretnym przypadku można pokusić się o – po drugie, czyli - próbę racjonalnego wytłumaczenia.

- Autor i tekst. Bogusław Schaeffer jest mistrzem nad mistrzami. Wszystko, co wyszło spod jego pióra, to są ponadczasowe perełki. „Scenariusz dla…..” powstał na początku lat 60 ubiegłego wieku, a współczesny widz reaguje na niego podobnie, jak jego ojciec, czy wręcz dziadek. Po zakończeniu spektaklu jeden z aktorów najmłodszego pokolenia, nie mógł przestać zachwycać się tekstem! I słusznie!

- Aktor, czyli Jan Peszek i wszystko jasne! Od ilu już lat nie zdarzyła się Panu Janowi jakaś wpadka?! I to zarówno w kinie, jak i w teatrze. Jeszcze w swoich czasach „krakowskich”, grając w sztukach właśnie Schaeffera (ale oczywiście nie tylko), plasował się w ścisłej czołówce najlepszych aktorów polskich. W chwili obecnej, to top topów. Cały występ, to właściwie jedna, znakomita lekcja dla młodych, a dla troszkę starszych przypomnienie, jakie było kiedyś aktorstwo.

Z jednej strony – TOTALNE. Tu gra WSZYSTO. Całe ciało i wszystkie jego części. A ponieważ grają równocześnie (głowa, noga, ręka, oko – wszystko), tworzy to FINEZJĘ doskonałą. Nie może być inaczej, bo w przeciwnym razie spektakl wzbudzałby zainteresowanie przez dwa, trzy sezony. No dobrze; cztery, pięć. Ale CZTERDZIEŚCI?! To są czary, magia. Można zresztą troszkę pożartować, że akurat Peszek ma w tym doświadczenie. Często gra postacie, trochę z innego świata. Na przykład, grał  w genialnym przedstawieniu "Lautremont sny" (debiut reżyserski Mariusza Trelińskiego, w 1992 r.), postać właśnie jakby maga, czarownika, władcę złych mocy. Spektakl był tak dobry – między innymi dzięki grze Peszka (na zmianę z równie znakomitym Włodzimierzem Presem) – że jak to się zdarza, dosyć szybko przestał być grany.    

Ciekawa i wiele wyjaśniająca rozmowa toczyła się w foyer Teatru Syrena. Otóż na widowni były osoby z zagranicy, niezbyt biegle, lub w ogóle nie władające językiem polskim. Spektakl bardzo im się podobał, a zachwycone były i wypowiadały się w samych superlatywach na temat umiejętności operowania głosem przez Peszka. Robi to tak znakomicie, że osoby nie znające polskiego, wszystko rozumiały i to w sztuce będącej właściwie małym traktatem / wykładem filozoficznym. Wielka umiejętność! Do tej pory Tadeusz Łomnicki grając starego Krappa („Ostatnia taśma Krappa” S. Becketta, w reż. Antoniego Libery), siedząc prze 45 min. przy biurku, słuchając starych taśm i od czasu do czasu gadając sam ze sobą, potrafił przez cały spektakl utrzymać widownię w takim napięciu, że na koniec eksplodowała długotrwałą standing ovation, beż względu na kraj (kontynent), gdzie była grana! Spektakl Peszka ma oczywiście, o całe lata świetlne większą dynamikę i pełen jest działań aktorskich / rewelacyjnych etiud, ale służą one ilustracji warstwy tekstowej. Wydawać by się mogło, że w przypadku gdy nie można zrozumieć tekstu, czas spędzony na widowni będzie czasem straconym. Być może jest to prawda ogólna, ale nie w przypadki Jana Peszka. Autor, czyli Schaeffer wiedział co robi pisząc tę sztukę specjalnie dla pana Jana i czekając wiele lat, aż ten dojrzeje do jej zagrania. A jak już dojrzał, to nie może przestać. I dzięki temu kolejne pokolenia widzów, mogą uczestniczyć we wspaniałej uczcie teatralnej.        

 


TEKST: KRZYSZTOF STOPCZYK

FOTO: materiały prasowe TEATRU SYRENA




   


Kategoria: Recenzje spektakli | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--