Mayhem, Noctiferia, Mastiphal, Guru of Darkness i I Divine

26 maja, klub Progresja  

Mayhem to zespół na równi znienawidzony i fanatycznie uwielbiany. Ta bezapelacyjna legenda norweskiego black metalu, istnieje już od 1984 roku i wciąż trzyma się  świetnie, co potwierdził warszawski przystanek na jej wschodniej. Bardzo znamienita jest historia tej kapeli, bowiem pozwala na zrozumienie całej otoczki panującej wokół zespołu.

W telegraficznym skrócie można opisać ją tak: gitarzysta kapeli założył sektę, odpowiedzialną za podpalenia kościołów w Norwegii na początku lat 90 tych, ówczesny wokalista o znamiennej ksywie Dead popełnił w spektakularny sposób samobójstwo(strzał ze strzelby w głowę) a basista zamordował gitarzystę... Przed ostatnim z wydarzeń zespół zdążył nagrać absolutnie genialną płytę „Demysteris dom Sathanas”z węgierskim wokalistą Attilą Csihar'em (to jego prawdziwe imię i nazwisko). Z takim bagażem doświadczeń zespół rozwiązał działalność, by po dwóch latach zostać reaktywowanym przez ludzi, którzy przewinęli się przez Mayhem w ciągu dziesięciu lat istnienia kapeli. Od tego czasu Norwegowie koncertowali po całym świecie, przywracając złowieszczy blask legendzie. Ostania zmiana personalna jaka zaistniała w Mayhem, to spektakularny powrót Atilli w celu nagrania w nowym składzie złowieszczej płyty „Ordo ad Chao”. W tej historii jest też wątek polski.

Gdy w 2006 roku samozwańczy inkwizytor Ryszard Nowak z komitetu obrony przed sektami, triumfował  doprowadzając do odwołania koncertu Mayhem w Warszawie, wydawało się, że nie ujrzymy ich już na deskach stołecznej sceny. Na szczęście czasy się zmieniły i Mayhem bez rozgłosu zawitał do kraju nad Wisłą. Nie dziwne więc, że emocje wśród fanów były ogromne.

Wybaczcie więc, że nie omówię  supportów, bowiem pragnąłbym skupić się na gwieździe wieczoru.

Gdy zgasły światła, na scenę wyszedł Mayhem. Jednak oczy wszystkich skupiły się na wokaliście Atilli, który odziany w szaty, kojarzące się z liturgicznym odzieniem biskupim, z maską na twarzy okraszoną sztuczną krwią. W ręku trzymał sznur na szubienicę oraz ludzką czaszkę. Zrobiło to ogromne wrażenie na widzach i wytworzyło specyficzny „trupi” klimat.

Tego wieczoru otrzymaliśmy przegląd przez cała karierę zespołu, począwszy od demówki „Deathcrush” 1986 roku, przez „Demysteris...” na zupełnie nowym „Ordo ad Chao”z 2007 kończąc. Dwadzieścia sześć lat istnienia zespołu (nie licząc dwuletniej przerwy), przyniosło bardzo mało nagrań, raptem 4 pełne albumy studyjne, kilka demówek, mini album i setki bootlegów. Nie mniej usłyszeliśmy najważniejsze kompozycje, takie jak „Freezing Moon”, ”Carnage”, czy nowsze „Whore”, ”Illuminate Eliminate”, kończąc koncert tradycyjną miniaturką „Pure fucking armageddon”. Między utworami mogliśmy usłyszeć popisy solowe Atilli, który wydawał z siebie nieludzkie bulgoty i wrzaski pokazując, że jest prawdziwym mistrzem ceremonii, najbardziej przerażającym elementem chaosu i motorem napędowym Mayhem XXI wieku. Drugą postacią jest jeden z lepszych perkusistów Skandynawii czyli Jan Axel "Hellhammer" Blomberg , który zdecydowanie nadaje muzyce rozpędu i agresji.

Mayhem spotkało się  z bardzo ciepłym przyjęciem fanów, zdecydowanie spragnionych muzyki Norwesko-Węgierskiego zespołu. Najważniejszy przy odbiorze okazał  się klimat i mętna atmosfera: jak byśmy brali udział w misterium jakiegoś mrocznego kultu.

Bezwzględnie był to jeden z lepszych koncertów roku pańskiego (sic!) 2010.


Robert Bartoszek

fot. materiały prasowe




Kategoria: Recenzje muzyczne | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--