"Wszyscy moi synowie" to  dramat zupełnie niezaskakujący. Moralizatorski ton znany jest polskiemu widzowi od potyczek pani Dulskiej, po zamieszanie ze złotym rogiem. Moralizatorem bez wątpienia jest Arthur Miller - wybitny amerykański dramaturg, którego sława nabrała rozpędu w 1947 roku, po napisaniu dramatu "All my sons". Sztuka przypomina momentami ibsenowską "Dziką kaczkę" (kto czytał, ten wie). Doczekała się ekranizacji (1948, 1986), licznych wystawień a nawet słuchowiska radiowego na jej kanwach. Jednym słowem sceniczny super-hit, na tyle popularny, że Arthur Miller gościł w Polsce jeszcze w czasach poprzedniego reżimu (patrz: link pod tekstem).

 


Za wszystkich synów zabrał się Wawrzyniec Kostrzewski, nowy przekład to dzieło Jacka Poniedziałka, premiera miała miejsce 12 grudnia na deskach sceny im. Łomnickiego.

Co można powiedzieć o tak niezaskakującej sztuce?

Okazuje się, że całkiem sporo. Historia Joe Kellera (znakomity Adam Ferency) amerykańskiego biznesmena, producenta felernych części samolotowych, człowieka bezwzględnie dążącego do zysku w imię dobra rodziny, jego synów - zaginionego na wojnie pilota Larry'ego oraz młodszego Chrisa (Mateusz Weber) i matrony rodu Kate (Halina Łabonarska) w odświeżonej wersji nabiera uniwersalnego wydzwięku i trzyma w napięciu od początku po symboliczną kurtynę.

Scena jest umieszczona centralnie, okala ją widownia. A pośród widzów, jak bokserzy w rogach ringu, siedzą aktorzy, których przedstawia nam Bert (Krzysztof Szczepanowski) pełniący rolę kogoś pomiędzy narratorem a antycznym chórem. Warto zwrócić uwagę na sprytny zabieg z mikrofonem - Bert wydaje się mówić z bardzo daleka, tak jakby przynależał do innego porządku niż reszta postaci. Prosta scenografia składa się z masywnego drewnianego stołu z takimiż krzesłami oraz konaru drzewa z jesiennymi liśćmi zawieszonymi nad nim - ot ogród Państwa Keller.

Na poziomie fabularnym "Wszyscy moi synowie" to sztuka niezbyt rozbudowana. Joe Keller majętny, ale nie do końca uczciwy producent części samolotowych był oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci dwudziestu jeden pilotów. Do więzienia idzie jednak jego wspólnik - ojciec Anny, dziewczyny zaręczonej z zaginionym synem producenta. Kate to wierna i oczekująca na powrót ukochanego syna matka (w tej roli znakomita Halina Łabonarska), która od całej rodziny oczekuje niezachwianej wiary w powrót pierworodnego. Chris - młodszy syn, ze wszystkich sił stara się wyjść z długiego cienia, jaki pozostawił po sobie jego starszy brat, ułożyć własne życie (jak się okazuje z byłą narzeczoną brata Anną) i znaleźć coś, co nada jego  egzystencji sens.

Rodzina taka, jakich wiele, ma swoje sekrety i ciemne karty w historii. To nie warstwa fabularna jest największym plusem sztuki a głębia psychologiczna osób dramatu sprawiająca, że widz jest w stanie zrozumieć motywacje wszystkich postaci i zanurzyć się w szarzyźnie moralej ich decyzji. Bo u Millera nic nie jest czarno-białe. Racjonalne decyzje mieszają się z chęcią zysku, troska o rodzinę z egoizmem. Nikt nie jest bez winy a kara dosięgnie wszystkich, pozbawiając ich złudzeń na temat siebie samych i innych.

Na poziomie ponadjednostkowym sztukę można odczytywać jako krytykę społeczeństwa kapitalistycznego, które w pogoni za zyskiem odcina się od odpowiedzialności za własne czyny. W tej materii niewiele zmieniło się od dnia premiery dramatu. Jak Joe Keller wypiera ze świadomości, że części wyprodukowane w jego fabryce przyczyniły się do śmierci ludzi, tak koncerny eksplorują pracowników, a współczesny konsument zapomina o tym, gdzie, jak i czyim kosztem przedmioty, które kupuje zostały wyprodukowane. Społeczeństwo przedstawione przez Millera to ludzie jak wszyscy, ani źli ani dobrzy.

 

"Wszyscy moi synowie" to sztuka świetnie zagrana, umiejętnie wystawiona, z porządną obsadą, która mimo całej swojej przewidywalności i historyczności jest po prostu kawałkiem dobrego teatru, w którym widz chętnie zatopi zęby.

Kontynuując metaforę spożywczą - nowa  permiera Teatru Dramatycznego jest smakowitym teatralnym kąskiem, ani za słodkim ani za słonym i pozostawia w widzu uczucie sytości.

 


"Wszyscy moi synowie"/ Arthur Miller

(przekład Jacek Poniedziałek)

 

reżyseria: Wawrzyniec Kostrzewski 


scenografia i kostiumy: Aneta Suskiewicz
muzyka: Piotr Łabonarski 
asystent reżysera: Julian Potrzebny

Obsada:

Joe Keller - Adam Ferency
Kate Keller - Halina Łabonarska
Chris Keller - Mateusz Weber
Anna Deever - Martyna Kowalik
George Deever - Piotr Bulcewicz
Bert - Krzysztof Szczepaniak



Premiera 12 grudnia 2014, Scena na Woli im. T. Łomnickiego

 

Ciekawostki:

Arthur Miller odwiedza Warszawę w 1965 roku


Tekst: Ewa Ratyńska


Kategoria: Recenzje spektakli | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--