OKIEM  OBSERWATORA

UROCZYSTOŚĆ  OTWARCIA  WYSTAWY  STAŁEJ  W  MUZEUM  HISTORII  ŻYDÓW  POLSKICH  POLIN

28 października 2014 r.


Plac Willy Brandta – godz. 19:00


Wieczorem na tyłach Muzeum POLIN rozpoczęło się plenerowe widowisko pod wspólnym tytułem „Gramy OTWARCIE!”, w reżyserii Andrzeja Strzeleckiego. Tym razem wstęp był wolny i każdy kto chciał, mógł uczestniczyć w nim.

Przybyli widzowie mieli do dyspozycji dwie sceny oddalone od siebie o ok. 250 m., a dodatkowo oddzielone rzędami metalowych płotów. Z tym, że wchodzący głównym wejściem, od ul. Anielewicza nic na ten temat nie wiedzieli i automatycznie gromadzili się przy scenie stojącej właśnie przy tej ulicy.  

Punktualnie o godz. 19:00 rozległ się głos Dyrektora Muzeum POLIN – prof. Dariusza Stoli, który w kilku zwięzłych zdaniach zaprosił zebranych na rozpoczynające się występy. Na marginesie, należy podziwiać umiejętność komunikacji Dyrektora Stoli, który wcześniej, rozpoczynając główne uroczystości, zrobił to w pełni profesjonalnie (krótko, zwięźle i klarownie). Tak samo jego tekst umieszczony w specjalnym programie wydrukowanym przez Teatr Wielki Operę Narodową z okazji poniedziałkowego koncertu galowego, jest najbardziej zwięzły ze wszystkich napisanych przez szefów instytucji będących głównymi organizatorami i właścicielami Muzeum POLIN.

Na ten wieczór zapowiadany był tryptyk:

- występ Davida Krakauera, z zespołem;

- widowisko „My Żydzi Polscy” – w reżyserii Andrzeja Strzeleckiego, z tekstami m. in. Juliana Tuwima;

- występ Tomasza Stańko z zespołem.

Wieczór zainaugurował legendarny nowojorski klarnecista, jeden z najważniejszych inspiratorów odrodzenia muzyki żydowskiej – David Krakauer. Jego koncert był fenomenalny pod każdym względem. Muzyk w pełni zasłużył na określenie „legendarny”, a jego solówka wykonana w połowie koncertu, chyba trochę „pod publiczkę”, rzuciła ją na kolana i wzbudziła niekłamany zachwyt. Ciągnął dźwięk przez kilka minut, jakby go grał na jednym wdechu! Dopiero na zbliżeniach, na dużym telebimie, można było dostrzec, że artysta, w sposób prawie niezauważalny, jednak oddycha. Był aplauz i to jaki!!! Cały występ był bardzo udany, bo do poziomu Krakauera dostosował się jego zespół. Każdy utwór był komuś dedykowany: Krakowowi, dziadkowi ze Lwowa, ojcu z Bielska Podlaskiego itd., a dzięki temu gra nabierała bardzo osobistego charakteru.

W momencie rozpoczęcia występu, okazało się, że na całość widowiska składają się też pokazy świateł i to nie tylko standardowo, tych na scenie ale również na słynnej już ścianie bocznej Muzeum, tej z gigantycznym, nieforemnym oknem, przed którym, na małej górce stoi samotne drzewo. I właśnie na tej ścianie i na tym drzewie wyświetlany był bajecznie kolorowy pokaz świetlno – laserowy, ze znakomitymi animacjami zarówno abstrakcyjnymi, jak i naturalistycznymi.

    Mała dygresja dotycząca tego miejsca. Z okazji budowy Muzeum, a teraz jego otwarcia, nigdzie nie znalazłem informacji o historii tej górki i drzewa. A jest ona zarazem i tragiczna i optymistyczna. Otóż kwartał ulic Anielewicza, Karmelicka, Lewartowskiego, al. Sendlerowej (oprócz Karmelickiej, nazwy powojenne) był zajęty przez dawne koszary, które jeszcze przed II wojną światową nazywane były Gęsiówką. Monumentalna budowla przetrwała zagładę Getta w miarę dobrym stanie i wyburzona została dopiero w latach 60 ubiegłego wieku. Na dziedzińcu, w jej środku była właśnie ta górka, na której rosły wtedy trzy drzewa, a pomiędzy nimi przybite były trzy solidne, chociaż coraz bardziej próchniejące belki. Tak! To była po prostu szubienica! Jak łatwo się domyślić cała Gęsiówka, ze szczególnym uwzględnieniem górki stanowiła ulubione miejsce zabaw okolicznych dzieciaków i to pomimo kategorycznych zakazów wchodzenia na ten teren, wydanych przez  rodziców. Wszystkie bramy były pozamykane, groźne tablice wisiały, a dzieciaki przenikające do środka z „dziecinną łatwością”, uwielbiały wspinać się na drzewa i przechodzić po belkach z jednego na drugie i trzecie.

Najpierw wyburzono Gęsiówkę i urządzono plac. Później zniknęły belki. Jeszcze później uschło jedno drzewo i przez długi czas rosły dwa. Tak było jeszcze kilka lat temu. A teraz pozostało tylko jedno drzewo. Sama zaś górka od bardzo wielu lat stanowi latem ulubione miejsce do opalania, a zimą do sekundowej jazdy na sankach przez naj, naj młodszych.

Do tej pory była część tragiczna tej historii, a teraz nutka optymizmu, bo cała ta opowieść może być przyczynkiem do naczelnej idei Muzeum POLIN, które w przeciwieństwie do wszystkich innych podobnych placówek na całym świecie, nie chce skupiać  się na Holocauście / śmierci, tylko chce pokazywać ŻYCIE!! No i tego wieczoru, samotne drzewo na tragicznej górce doczekało się cudownej oprawy patrz zdjęcia, które niestety nie oddają w pełni jego czarodziejskiego widoku w zmieniających się barwach.

Wracając do wieczoru, wspaniały koncert Krakauera nagle skończył się, jak nożem uciął i zapadły ciemności. Okazało się, że niestety nie jest to zabieg artystyczny, tylko organizacyjny dla wygody reżysera i ciąg dalszy widowiska odbywać się będzie na drugiej scenie!!!! Tej oddalonej o kilkaset metrów i oddzielonej płotami metalowymi. Nie było możliwości przemieszczenia się i po nieudanych próbach, publiczność została na swoich miejscach. Przez chwilę wszyscy mieli jeszcze nadzieję, że na ogromnym telebimie pojawi się obraz z drugiej sceny. I pojawił się … skan angielskiej wersji tekstu Tuwima, deklamowanego / melorecytowanego po polsku przy ul. Lewartowskiego. Trwało to dosyć długo. Później było trochę lepiej, bo zaczęła się już normalna transmisja, a i utwory były wykonywane na całkiem przyzwoitym poziomie. Szczególnie wzruszająco  zabrzmiała jedna z piękniejszych pieśni wszechczasów „Mein Jidisze mame”, którą wykonał cały młody zespół, a partie solowe Mieczysław Szcześniak, co było sporym zaskoczeniem, bo dotychczas tę pieśń / melorecytację / song wykonywały panie (np. genialna interpretacja Hanny Skarżanki, wiele lat temu)  ale we współwykonaniu Szcześniaka utwór zabrzmiał równie przejmująco. Wielka szkoda, że nie był ostatnim wykonywanym na tej scenie, ponieważ pozostałoby bardzo pozytywne wrażenie. A tak ostatni utwór można najlepiej spuentować słowami piosenki skomponowanej przez Władysława Szpilmana, a śpiewanej nomen omen w 1968 roku przez mieszkającą w najbliższej okolicy Pomnika Bohaterów Getta, Irenę Santor:


Nie powracajmy już do tamtych nocy ani dni
Uciszmy w sercu żal
Wyrzućmy nagły gniew
Witajmy muzyki dźwięk

    (...)

            (Autor tekstu; Kazimierz Winkler

            Kompozytor: Władysław Szpilman

            Wykonanie: Irena Santor)


Są granice nowych odczytań, czy wręcz pastiszów, których chyba nie powinno się jednak przekraczać. W tym kontekście, kolejne przeniesienie akcji na pierwszą scenę, było wybawieniem.

A na niej tym razem, gościł intensywnie zapowiadany wcześniej Tomasz Stańko z zespołem. Gdy już w końcu jego amerykańscy członkowie uporali się z zainstalowaniem sprzętu, rozpoczęła się ostatnia część tryptyku. Stańko jak mistrz ceremonii przechadzał się po scenie i okiem gospodarza doglądał poszczególnych muzyków z zespołu, wykonujących swoje solówki ( każdorazowo nagradzane brawami ), które całkowicie zdominowały ten występ.

Pod względem organizacyjnym widowisko sprawiało wrażenie ustawionego pod kontem wygody reżyserskiej, nie do końca pokrywającej się z oczekiwaniami widzów. A było proste rozwiązanie, stosowane z powodzeniem od kilku lat np. w Gdańsku, na wyspie Ołowiance, z okazji porównywalnych znaczeniem uroczystości (np. „okrągłe” rocznice powstania Solidarności). Co roku organizowane są tam występy artystyczne na dużo większą skalę (dużo więcej publiczności, dużo więcej artystów, za to mniej miejsca dla publiczności). Tam, identyczne jak tu namioty / sceny, stawia się jeden obok drugiego, a nawet trzeciego i operuje się elementarnym narzędziem teatralnym, o którym wystarczy przeczytać w wierszyku Juliana Tuwima, na którego tekstach oparto cz. II tryptyku tego widowiska i już będzie wiadomo jak się reżyseruje takie widowiska, ku zadowoleniu publiczności:


Sterczy w ścianie taki pstryczek,
Mały pstryczek-elektryczek,
Jak tym pstryczkiem zrobić pstryk,
To się widno robi w mig.

Bardzo łatwo:
Pstryk – i światło!
Pstryknąć potem jeszcze raz,
Zaraz mrok otoczy nas.
A jak pstryknąć trzeci raz-
Znowu dawny świeci blask.

(...)
            (Pstryk)  - Julian Tuwim


No właśnie! Skoro na gdańskiej wyspie Ołowiane ten patent działa, to zapewne działałby i na warszawskim Muranowie! Publiczność nie musiałaby w ciemności uprawiać biegów terenowych z przeszkodami albo stać, wpatrując się telebim z angielskojęzycznymi skanami, w czasie gdy artyści kilkaset metrów dalej wykonują bardzo ciekawy i dobry (w przeważającej części), program.

A na koniec wieczoru w klubie, w podziemiach Muzeum POLIN rozpoczęła się Balagan Meshuge Party Warsaw, impreza taneczna, które z powodzeniem odbywa się w klubach Berlina i Wiednia. Specyfiką imprezy jest jej oparcie na tanecznej muzyce jidysz, Izraela i Mizrachi pop oraz dobrej wspólnej zabawie.

I w ten symboliczny sposób urzeczywistniła się idea, widoczna szczególnie tego dnia, a od początku przyświecająca powstawaniu  Muzeum POLIN – ZWYCIĘSTWO ŻYCIA NAD ŚMIERCIĄ.

 


TEKST + FOTO: KRZYSZTOF  STOPCZYK

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 




 



Kategoria: Recenzje miejsc | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--