3 i 4 dzień 30. WFF – Filmowe perły wychodzą z ukrycia


Od 25 lat Polska jest wolnym krajem. Jednak przemoc rodem z PRL-u jest nadal żywa w innych częściach świata, w tym także w Europie. O problemie państwa, w którym służby zbrojne jeszcze do niedawna wydawały się bezkarne, opowiada Anatol Durbala w „What A Wonderful World”. Historia o ironicznym tytule została oparta na prawdziwych przeżyciach mołdawskiego studenta, który wraca  do ojczyzny w czasie antyrządowych zamieszek, aby spotkać się po dłuższym czasie z matką. Reżyser wywindował swoje dzieło na bardzo wysoki poziom, dzięki świetnie ukazanej hierarchiczności społeczeństwa. Prawda nie równa się tutaj rzeczywistości, lecz jest z góry narzucona. Wysoko postawiony milicjant nie potrzebuje faktów, a winnego. W osiągnięciu zamierzonego celu nie przebiera w środkach, a to głównie z powodu swojego toku myślenia, który, jego zdaniem, jest nieomylny. Krótki, mołdawski obraz, mimo mało realistycznych scen z pobiciami, uderza dosadnością. Do tego stanowi ciekawą korespondencję z „Przesłuchaniem” Ryszarda Bugajskiego (sekcja „Polska Klasyka”), który traktuje o podobnym fizyczno-psychicznym terrorze. Oba dzieła demaskują propagandę państwa milicyjnego będącego pięknym jabłkiem ze zgniłym środkiem.

„What A Wonderful World”


„Słowacja 2.0” z kolei został stworzony przez aż 10 reżyserów. Każdy podzielił się w swoim segmencie własnym wyobrażeniem na temat ewolucji ich kraju czy też obecnych paradoksów panujących w tamtejszym społeczeństwie. Taki model filmowy nie jest bynajmniej żadną nowością, gdyż wielu znanych twórców decydowało się już na taką, zwykle multiregionalną, współpracę. Na uwagę zasługuje aspekt różnorodność stosowanych technik. Poczynając od animacji opowiadającej losy państwa przed ugruntowaniem jego obecnego kształtu, przez dokumenty, aż po kino eksperymentalne. Pole kulturowe w tym przypadku jest bardzo bogate, ale razi tendencyjnością. Tak naprawdę większość części powiela schematy, które można by wpleść w opowieść o każdym kraju. Segmenty nie wprowadzają żadnych ciekawszych informacji, a przecież tego właśnie trzeba wymagać po filmie, który ma nam przedstawić dany kraj i być jego społeczną wizytówką. Chwilami odnosi się wrażenie, że kilkuminutowy spot z cyklu tych sponsorowanych przez Unię Europejską, dałyby o wiele więcej. Tymczasem prawie dwugodzinny seans przeciętnego Kowalskiego zostawia z wiedzą o Słowacji na dotychczasowym poziomie, nie oferując przy tym większych doznać artystycznych, może z wyjątkiem 2-3 rozdziałów.

 


„Słowacja 2.0”


Kinematografia azjatycka w Polsce ma zarówno wielu fanów, jak i przeciwników. Tych drugich miło zaskoczy prezentowana w ramach konkursu „Wolny Duch” wielka japońska produkcja „Tada zrobi wszystko”. Jest to komedia obyczajowa utrzymana w nieco amerykańskim stylu. Traktuje o wielu uniwersalnych wartościach oraz przemianach w osobowości bohaterów wynikających z ich doświadczeń, często tych najściślej skrywanych. Tym razem kraj kwitnącej wiśni został odarty z całej mistyki, wyjątkowości czy ludzkich negatywnych skrajności prezentowanych w filmach grozy. Tatsuchi Omori stworzył historią, z którą mogą w prosty sposób utożsamić się nie tylko sami azjaci, ale także europejczycy czy inne nacje świata. Głównymi bohaterami są Keisuke Tada i Haruhiko Gyoten, którzy muszą zająć się razem 5-letnią dziewczynką. Choć punkt wyjścia przypomina znane kinomanom standardy, to w czasie rozwijania akcji fabuła zdecydowanie im ucieka. Chwilami wydaje się móc podążyć w każdym kierunku. Zadziwiające w tym filmie są konstrukcje postaci. Wszystkie bardzo dobrze zagrane, ale przede wszystkim dogłębnie i starannie opracowane na etapie scenariuszowym. Każdy bohater zostaje zapamiętany, a ponadto tworzy więź zależności z innymi jednostkami. Dzięki temu na ekranie widać naprawdę realistyczną społeczność. Posiadającą zróżnicowane elementy, zmuszoną do zapoznania się z poglądami i potrzebami innych ludzi. Nawet tych, których twarze kojarzy się tylko z widzenia.

 

„Tada zrobi wszystko”


Najbardziej oczekiwaną premierą a propos dokumentów na tegorocznym WFF był „Gottland”. Jednak już sama opinia Mariusza Szczygła (autora książki, na podstawie której powstał film) pokazuje, że nie jest on zadowolony z efektu końcowego. Choć dyplomatycznie próbuje wytłumaczyć zastosowane koncepcje, to niestety pozostawienie wolnej ręki czeskim reżyserom przy tworzeniu adaptacji okazało się wielkim błędem. Delikatnie mówiąc: na ekranie wiało nudą. W lepszej ocenie nie pomogło nawet zdystansowanie się do kształtu pierwowzoru. Ponadto trudno uciec od takiej krytyki, gdy wcześniej obejrzy się „Fotografów w ogniu walki„ (reż. Marc Wiese) w ramach tej samej sekcji. Niemiecki reżyser snuje opowieść o reporterach, którzy pokazali światu jak wyglądała sytuacja w latach 90-tych w RPA. Cały obraz jest niczym almanach dokumentalnego abecadła. Zawiera szokujące wprowadzenie, wstrząsające zdjęcia i wywiady. A przy okazji stopniuje napięcie, które doprowadza do odkrycia brutalnej prawdy. Ukazuje pasjonatów, wręcz bohaterów, którzy przez swoje zachowanie doprowadzili do własnego wyniszczenia. Aż trudno rzec „podobał mi się ten film”. Fakt – jest świetny, ale pokazuje ciemną rzeczywistość: historyczną dotycząca kraju kojarzonego teraz z Nelsonem Mandelą oraz tę powiązaną z czterema śmiałkami poddanymi wirowi pracy. Każdy z nich nie brał pod uwagę kumulacji doświadczeń będących w przyszłości krotką ścieżką do autodestrukcji. Ich śladami podąża widz. Dobrze, że siedzi wtedy w fotelu, bo inaczej z minuty na minutę uginałyby się pod nim nogi.

 


„Fotografowie w ogniu walki„


„Co robimy w ukryciu” starali się pytać Taika Waititi i Jemaine Clement. Dobrze, że w przeciwieństwie do ich bohaterów postanowili się ujawnić. Na takie filmy czeka się na festiwalach. Wiele osób tematykę wampirów i to w postaci mockumentu wymieniłoby zapewne na jakąś produkcję rodem z Hollywood. A jednak! Ten film spokojnie mógłby przyciągnąć podobną, jeśli nawet nie większą widownie niż przeciętna wielomilionowa premiera. Codzienność wampira w postaci inscenizowanego dokumentu przypomina tutaj prawdziwy reportaż z życia niecodziennych bohaterów na tle reszty ludzkości. Ich zwyczaje, zasady, wrogowie czy techniczne zacofanie (przecież mają po te paręset lat…) tworzą mozaikę ich osobowości, która w rezultacie ujawnia ich zbieżności i kontrasty w porównaniu z ludźmi. Trochę przypomina to efekt hipnozy, gdyż tak abstrakcyjny świat staję się na czas trwania filmu naszym terenem, na którym jesteśmy pełnoprawnymi członkami wydarzeń. Każdy z bohaterów próbuje nieco zaimponować i wygrać wyścig o największą sympatię widza. Doprowadza to do wielu komicznych sytuacji, które bawią do łez, mimo że nie brakuje na ekranie hektolitrów krwi. Wampiry chwilami bardzo wczuwają się w interakcję z kamerą, a kiedy indziej zupełnie o niej zapominają, co rozszerza znacznie gamę obserwacji ich żywota. Do tego grafiki z poprzednich wieków dodają  historii autentyczności, choć… jednocześnie cały czas wyczuwalna jest doza teatralności. W piątek o 16.30 drugi i ostatni pokaz tego dzieła. Jeśli ktoś z Was ma czas, to musicie na nim się znaleźć. Zobaczycie coś tak dziwnego, że aż fascynującego. Poza tym – niekontrolowane wybuchy śmiechu gwarantowane!

 

„Co robimy w ukryciu”


Zapraszamy na kolejne relacje z 30. Warsaw Film Festival już wkrótce!

 

Tekst: Adam Berlik

Foto: materiały prasowe


Kategoria: Recenzja filmu | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--