1-2 dzień Warsaw Film Festival: Kinematografia na haju


Projekcje jubileuszowej edycji festiwalu rozpoczęliśmy od seansu „Kultury na haju” (reż. Brett Harvey). Jak sam tytuł wskazuje, był to kolejny głos w sprawie debaty na temat legalizacji marihuany. Choć film urzeka obrazem, zawartością wielu ciekawych historyjek czy wypowiedzi fachowców, to zabrakło w nim przede wszystkim merytoryki dotyczącej poruszanego sporu. Zwłaszcza w aspekcie przykładów potwierdzających zbawienne skutki marihuany. Reżyser niczym jego goście podąża za myślą przewodnią, którą w skrócie jest wielkie – TAK – dla legalizacji posiadania i zażywania wspomnianej rośliny.  Przypomina to trochę propagandę chcącą  wmówić widzowi, że jeśli coś nie jest gorsze od obecnie legalnych środków, to powinno być dozwolone. Z powodu tej ubogiej, wręcz dziecinnej logiki, ucierpiało całe dzieło. Autor mimo dogłębnej wiedzy na dany temat, uciekł w stylistykę snucia domysłów na temat wpływów wielkich koncernów na zastany stan rzeczy. A przez to użył hipotez zamiast faktów. Abstrahując całkowicie od tematyki dzieła, pozostaje pozazdrościć Amerykanom możliwości tworzenia dokumentów w jakości, na którą nie stać wielu polskich produkcji fabularnych.


W ramach „Konkursu 1-2” jednym z najbardziej oczekiwanych filmów była natomiast „Agnieszka” z Karoliną Gorczycą w roli głównej. Polsko-niemiecka koprodukcja opowiada o losach kobiety, która po trudnym dzieciństwie i pięcioletniej odsiadce próbuje ułożyć sobie życie na nowo w Niemczech. Jednak reżyser Tomasz Rudzik koncentruje się nie tylko na pokazaniu życia swojej bohaterki, lecz także na ukazaniu perwersji seksualnych ludzi sukcesu, po których społeczeństwo prowizoryczne nie spodziewa się takich zachowań. Do tego w życiu Agnieszki wszechobecni są dwaj chłopcy: brat oraz niewiele starszy Niemiec-bratnia dusza. Całą historię dopełnia szefowa (Madame) agencji towarzyskiej domin, która utożsamia się z Agnieszką. Z jednej strony widzi w niej samą siebie z młodzieńczych lat, z drugiej próbuje traktować jak córkę. Jednak mimo tych zażyłości wymaga od niej tego, co od każdego człowieka w jej towarzystwie – bezwzględnej posłuszności. Mimo wielu podobieństw między dwiema kobietami, różni ich zasadnicza kwestia. Tytułowa bohaterka nadal wierzy w ludzi i próbuje żyć dla nich, bez względu na ich wiek czy status społeczny. Stara się czerpać z każdej relacji jak najwięcej, ale w aspekcie mentalnym, a nie koniecznie materialnym. „Agnieszka” to wędrówka i walka - nie tylko o lepsze jutro, ale przede wszystkim o bycie lepszym człowiekiem. A do tego – mimo kilku infantylnych scen – ukazana na bardzo dobrym poziomie.

 


Hiszpańskim kandydatem do wygrania głównej nagrody 30. WFF jest natomiast „Carmina i Amen”. Produkcja przy udziale Canal Plus już sama w sobie gwarantuje, że film będzie co najmniej na przyzwoitym poziomie. Opowieść autorstwa Paco Leona to czarna komedia o kobiecie ukrywającej wiadomość o śmierci męża. W spisek wdraża swoją córkę, która postanawia pomóc matce w zrealizowaniu planu. Choć przez większość fabuły nie można uciec od wrażenia, że obraz posiada w sobie coś z „Miłości” Hanekego z dobrze dozowanymi szczyptami humoru, to wydźwięk końcowy jest w tym aspekcie zgoła inny. To nie kolejna historia o przemijalności miłości i złożoności tego zagadnienia. Carmina, nieustraszona, znająca prawa natury i życia kobieta, robi po prostu rozrachunek z własnym życiem. Jednak nad niczym nie ubolewa, niczego nie żałuje. Jest gotowa na wszystko, aż nie będzie mogła powiedzieć: Amen. Jedynym dysonansem w czasie projekcji jest zastosowana poetyka, która chwilami wywołuje w nas chęć zapytania: czy na pewno cały film tworzył jeden reżyser?

 


W repertuarze festiwalu pojawił się za to film, który za sprawą tytułu wręcz odstrasza – „Miłość od pierwszego wejrzenia” (reż. Thomas Cailley). Kojarzy się z czymś rodem ze świątecznych blockbusterów, które mają udowadniać realizacje miłości w wyjątkowym okolicznościach. Może po części historia Arnauda i Madelaine właśnie taka jest, ale czy to musi zawsze odrzucać? Uczucia zawsze opierają się na schematach, zwłaszcza na tych wyjątkowych i dla reszty społeczeństwa niezrozumiałych. W tym przypadku jest tak samo. Chłopak posiada wrażliwość i chęć zrozumienia drugiej osoby przypisywaną zwykle kobiecie. Dziewczyna z kolei jest zagubiona w otaczającym ją świecie, na siłę chce udowodnić sobie, że coś jest dla niej interesujące i stanowi źródło inspiracji. Przez to odrywa się od rzeczywistości i impulsów dostrzegalnych gołym okiem. Mimo to bohaterowie wpływają na siebie na zasadzie przypominającej pojedynek ping-ponga, w którym zawodnicy pragną wygranej przy jednoczesnym nieskrzywdzeniu przeciwnika. Francuskie kino udowadnia, że nadal umie pokazywać wyświechtane wartości w oryginalny sposób za pomocą codzienności. A do tego nie zapomina w tym wszystkim o dozie dowcipu wynikającego z ludzkich skrajności.

 


Biletów na „Mapy gwiazd” zabrakło długo przed seansem. Widzowie, jak co roku byli ciekawi, co spowodowało, że nowe dzieło Davida Cronenberga zostało wybrane na film otwarcia. Twórczość kanadyjskiego reżysera nie należy do najłatwiejszych w odbiorze, co nie było oczywiste dla każdego z posiadaczy biletów na seans w sobotnie późne popołudnie. Jednak chyba nikt nie mógł czuć się rozczarowany po zakończeniu projekcji. Historia gwiazdorskiej rodziny z tajemnicą z przeszłości przypominała nieco dochodzenie śledcze, które powoli z idealnej mozaiki chce wydobyć zatajone elementy. Zlepek sytuacji chwilami irytuje, wydaje się dość abstrakcyjny, ale tak naprawdę obrazuje życie gwiazd show-biznesu. Celebryta chce czegoś i to realizuje. Pieniądze w tym aspekcie stają się tylko kartą przetargową, która w amerykańskim światku nie podlega licytacji, jest tylko kwestią zapłaty. Film udowadnia jedno, mimo że wszyscy ludzie, w tym gwiazdy, żyją tak blisko siebie na jednej planecie, to każdy z nas jest zupełnie inny i kieruje się zupełnie innymi zasadami. Wszystko sprowadza się tym samym do truizmu, ale tak powszechnie pomijanego, że zapominamy jak wielką destrukcyjną siłę ma aspekt różnego postrzegania świata. W tym przypadku został on kapitalnie wpleciony w oniryczną konwencję na pograniczu rzeczywistości i urojeń umysłu.

 


To jedynie początek doznań z 30. Warsaw Film Festival! Zapraszamy na kolejne relacje!

 

Teskt: Adam Berlik

foto: materiały prasowe


Kategoria: Recenzja filmu | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--