„Miasto 44”: Marzenie polskiego filmowca

Wielkimi krokami zbliża się najbardziej oczekiwana polska premiera filmowa tego roku. Choć zostało do niej jeszcze kilka dni, film zdążył już podzielić zarówno widzów, jak i krytyków.  Cała burza rozpoczęła się już po pierwszym pokazie „Miasto 44”, który odbył się 31 lipca na Stadionie Narodowym przy udziale Powstańców oraz ich rodzin. Wszystkie uwagi prasy były ripostowane krótko:  dzieło czeka na ostateczny montaż. Jednak teraz, po seansie końcowej wersji filmu, możemy w końcu ocenić go sprawiedliwie i uniknąć odautorskich wymówek.

 


Wymagania wobec tej produkcji były i wciąż są bardzo wygórowane. Jednak trudno się temu dziwić, skoro film posiadał budżet na poziomie 25 milionów złotych, co uczyniło go największą produkcją w wolnej Polsce. Do tego dochodzi kontrowersyjna, patriotyczna tematyka powstania warszawskiego, które samo w sobie jest wielkim polem do dyskusji. Jednocześnie owe historyczne wydarzenie stało się w ostatnich latach jednym z najbardziej medialnych rocznic mających na celu podkreślenie poświęcenia polskiej młodzieży w walce o wolność w czasie II wojny światowej. Zainspirowało to do działania wielu twórców. Niestety, w większości z marnym skutkiem. Za przykład niech posłuży ubiegłoroczna szmira pod tytułem „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały”.

Jak w tej panoramie odnajduje się „Miasto 44”? To bez wątpienia dzieło w zupełnie innym kształcie niż dotychczasowe artystyczne hołdy złożone wojennym bohaterom. W całości nie brak patetyczności, która jest nieodzownym elementem takiej tematyki. Film posiada za to ogniwa sztuki audiowizualnej niekojarzone dotąd w Polsce z dziełami na wielkim ekranie. Taką poetykę Jan Komasa argumentuje wszędobylską w jego filmach onirycznością. Jednak sceny ją zawierające wzbudzają najbardziej skrajne uczucia. Analizowane oddzielnie na pewno znajdą swoich obrońców, ponieważ podkreślają fakt codzienności wojennej, który zawsze w swoich utworach opisuje chociażby Hanna Krall, słynna polska reportażystka. Człowiek ciągnie do drugiego człowieka, bez większych wytycznych, szuka ciepła i pozornego bezpieczeństwa. Niestety, w pełni ukazuje to tylko scena seksu, podkreślająca aspekt natury człowieka bez względu na okoliczności. Z kolei sekwencja pierwszego pocałunku Stefana (Józef Pawłowski) i Alicji „Biedronki” (Zofia Wichłacz) jest do bólu infantylna i budzi w najlepszym wypadku ironiczny uśmiech. W rezultacie omawiane zabiegi audiowizualne stają się bardziej spójne z trailerami niż resztą ponad dwugodzinnego filmu.

 


Zawarta w dziele młodzieżowa estetyka w wielu elementach broni się za to w warstwie tekstowej. Panująca w polskim kinie tendencja do uwspółcześniania języka bohaterów, aby w lepszym stopniu przybliżyć losy naszych przodków, została w tym przypadku wyważona w odpowiedni sposób. Dzięki temu młodsi widzowie o wiele szybciej wczują się w przedstawioną historię niż chociażby w historyczny klasyk Andrzeja Wajdy – „Kanał”. Wart odnotowania jest fakt, że wiele kluczowych dialogów zostało opartych na współczesnym słownictwie w taki sposób, aby widz skupiał się przede wszystkim na znaczeniu wypowiedzi, a nie jej nieadekwatności do roku wydarzeń.

Scenariusz „Miasto 44” przeszedł przez lata wiele poprawek, ale mimo to znalazło się w nim za dużo pozytywnych zbiegów okoliczności. Wojna nie wybacza błędów, a para głównych bohaterów wychodzi szczęśliwie z wielu wręcz nieprawdopodobnych sytuacji. Za to wielkim atutem są dwie główne pespektywy, z których obserwujemy przebieg akcji. Zwłaszcza z punktu widzenia Stefana rzeczywistość wydaje się bardzo bogata. Relacja z matką i bratem, pierwsza miłość, przyjaźń z Kamą (Anna Próchniak), działalność spiskowa, a to wszystko naznaczone piętnem nieżyjącego ojca. Całość jego działań przypomina walkę z samym sobą, chęcią bycia osobą, którą nie potrafi się być. W wielu momentach Stefan wydaje się być skazany na porażkę, zwłaszcza gdy jest ranny i traci kontakt z otaczającą go rzeczywistością. Widać w jego działaniach wyczerpanie zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Mimo ciągłej obecności w jego oczach łez – co chwilami irytuje – to posiada wewnętrzną siłę, o której z każdą godziną powstania przekonuje się coraz bardziej. Historia z perspektywy Zosi to z kolei etap dziewiczej miłości, nieokiełznanego uczucia mogącego pokonać wszystkie bariery, którymi stają się tu powstanie warszawskie i walka o przeżycie.  Ponadto śledzimy etap, gdy mentalnie dorasta i uczy się współodczuwania z innymi. Zabiegi narracyjne zostały do tego uzupełnione bardzo dobrą grą aktorską, co pozwoliło na wykreowanie postaci drugoplanowych, których losy stają się interesujące jakby byli głównymi bohaterami. Tak jest np.: z poczynaniami Beksy (Antoni Królikowski).

 


Nowy twór autora „Sali samobójców” razi chwilami niespójnością i może zostać źle odebrany przez konserwatystów filmowej poetyki, zwłaszcza tej wojennej. Jednak nie można „Miasto 44” odmówić najważniejszego atutu – wciąga widza w całą historię. Chwilami wręcz powoduje, że w oczach stają łzy wynikające nie z infantylności, lecz aspektu utożsamiania się z losami warszawiaków. Do tego atutem bez wątpienia są zdjęcia. Niech za przykład posłuży chociażby perspektywa rodem z gry komputerowej – dająca wrażenie, jakby to sam widz używał broni. Całość to wielki krok w naszej kinematografii. Taki film musiał powstać by przełamać panujące u nas schematy. Jan Komasa marzył o realizacji tego projektu i po wielu latach starań udało mu się. Choć mógł zrobić to w lepszym stylu.


Data premiery: 19.09.2014

Dystrybutor: Kino Świat

 

Tekst:Adam Berlik

foto: materiały prasowe


Kategoria: Recenzja filmu | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--