W wirze (nie)codzienności


Pierwsze dwa dni Wiosny Filmów przyniosły ze sobą tytuły, których tematyka opierała się przede wszystkim na wybranej jednostce.  Niektóre raziły wręcz brutalnym naturalizmem, inne przedstawiały historie, których absurdalność wskazywałaby raczej na fikcyjność zdarzeń. Nic bardziej mylnego - większość z przedstawionych fabuł czerpała swe inspiracje z autentycznych przeżyć osób, które los doprowadził do mniej lub bardziej szczęśliwego finału zdarzeń.

Wybierając na pierwszy seans - „W pół drogi” z sekcji „Festiwalowe sukcesy kina niemieckiego” - liczyłem na rozpoczęcie z wysokiego C. Tak też się stało, lecz na pewno w tym przypadku ocenianie przyjemności projekcji można poddać w wątpliwość. Andreas Dresen, nagrodzony wielokrotnie za swój obraz, przedstawia wycinek z życia Franka: męża i ojca dwójki dzieci. Po wizycie u lekarza dowiaduje się, że ma nieuleczalnego guza mózgu, z którym będzie mógł żyć zaledwie około pół roku. Wraz z upływającym czasem obserwujemy nie tylko uwstecznianie się możliwości fizycznych i psychicznych mężczyzny, ale także wpływ dekonstrukcyjnej siły choroby na rodzinną miłość, która staje się w tym przypadku bolesną pułapką.



Na drugim końcu emocjonalnej skali swoje miejsce odnalazł natomiast duński hit „Seks, narkotyki i podatki” (reż. Christoffer Boe), który przywołuje proste skojarzenie: w pewnym sensie to europejska historia „Wilka z Wall Street”. Tym razem na wykorzystanie luk w przepisach prawnych decydują się Simon Spies i Mogens Glistrup. Obaj, mimo niezłej pozycji społecznej, są outsiderami. Połączenie ich możliwości finansowych oraz pomysłowości prowadzi do utworzenia sieci skandynawskich biur podróży, które okazują się jaskinią pełną złota. Do tego wszystkiego dochodzą ekscesy seksualne wykorzystywane w celach promocyjnych firmy. Choć są one pokazywane w mniejszej częstotliwości niż te we wspomnianym filmie Martina Scorsese, to na pewno wyróżniają się swoją dosadnością, de facto wyciągniętą z życiorysu Spiesa.


Powrót do cięższej tematyki zapewniły rumuńskie „Dobre chęci”. Niestety, to kolejny tytuł z tego kraju bazujący wyłącznie na szarej codzienności. Czasami taki koncept prowadzi do dość ciekawych rezultatów, jednak ta fabuła Adriana Sitaru to niestety istna męczarnia. Dowiedziawszy się o chorobie matki Alex wyrusza do rodzinnej miejscowości. Choć to tylko chwilowe problemy ze zdrowiem, wyolbrzymia je i próbuje sam zapewnić rodzicielce jak najlepszą opiekę. Całość jego zachowania staje się strasznie irytująca, zwłaszcza że nie niesie ze sobą żadnych większych treści. W połączeniu z nowatorską i totalnie nietrafioną techniką zdjęć, podczas których główny bohater niezliczoną ilość razy patrzy wprost w kamerę,  tworzy jeden wielki znak zapytania: jakim cudem ten tytuł mógł zasłużyć na jakąkolwiek nagrodę podczas festiwalu w Locarno?


Zupełnie inny biegun filmowego rzemiosła przedstawiają „Rękopisy nie płoną” (Mohammad Rasoulof). Irańska produkcja swoim rozmachem i kompozycją miała aspirować do kształtu amerykańskich thrillerów. Już na samym początku poznajemy byłego więźnia politycznego, który spisywał w tajemnicy swoje wspomnienia z tamtego okresu. Teraz te zapiski poszukiwane są przez służbę bezpieczeństwa prowadzącą w tej sprawie śledztwo na wielką skalę. Zarys wydarzeń wydaje się więc dość ciekawy. Jednak oczekiwany moment, gdy napięcie ma zacząć wzrastać i nakręcać widza do przeżywania losów torturowanych ludzi, nigdy nie następuje. Film po prostu wlecze się niczym kulawy żółw i wywołuje tylko jedną reakcję – senność. Staje się po prostu przykładem na różnorodność irańskiego kina, niewartym większego omawiania.


Z kolei pochodząca z kolebki europejskiego kina „Violette” okazała się najbardziej wartościowym przeżyciem pierwszych dwóch dni festiwalu odbywającego się w Kinie Praha. Z jednej strony zagwarantowała optowanie z jednostką pełną skrajności, chwilami zachowującą się jak dziecko zagubione we mgle, pełną kompleksów i zdystansowaną do świata, aby za moment zademonstrować rozterki przekwitającej kobiety, która odczuwa seksualne żądze oraz potrzebę samorealizacji. Drugim działem przy poznawaniu Violette Leduc jest jej pasjonująca historia w dochodzeniu do uznania w aspekcie literatury. Ta nieznana powszechnie w Polsce osoba to ikona feminizmu, autorka kultowego „Bękarta”, przyjaciółka Simone de Beauvoir oraz wielu innych pisarzy powojennego Paryża. W jej losach świetnie zostało oddane przede wszystkim połączenie prozy życia z niecodzienną osobowością, burzącą przyjęte powszechnie społeczne ryzy. W rezultacie Martin Provost stworzył niespełna 2,5-godzinne dzieło, którego wieczorny wtorkowy seans wywindował oczekiwania względem filmów prezentowanych w następnych dniach.


Zobacz koniecznie opis kolejnych dni festiwalu!




Tekst: Adam Berlik

Foto: materiały prasowe


Kategoria: Recenzja filmu | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--