Rymszewiczowskie BOOM-BOOM!

Półwysep bałkański to raj dla każdej osoby żądnej zabawy. Piękne plaże, morze, ale przede wszystkim otwarci ludzie z bogatą kulturą, mającą swoje korzenie jeszcze w czasach Imperium Osmańskiego. Łączy się to bezpośrednio z wyjątkowością tamtejszych imprez, które odznaczają się swojskością, pozbawioną tak powszechnej na zachodzie skomercjonalizowanej rozrywki. Dzięki temu taka opcja spędzania czasu przyciąga często osoby, które potencjalnie nie są skore do hulanek. Zaznajomieni z tamtejszymi klimatami chcieliśmy się przekonać czy „Wieczór bałkański” w Buffo chociaż po części umożliwi przeniesienie nas w okolice południa Europy.

 


W czasie koncertu królowały utwory wirtuoza pochodzącego z byłej Jugosławii - Gorana Bregovicia. Nic więc dziwnego, że to właśnie jego kompozycja otworzyła cały koncert. Jednak nie zaczęło się spokojnie. Zgodnie z usposobieniem Janusza Józefowicza start musiał być wybuchowy. Do tego został wykorzystany kawałek już po samym tytule konotowany z wystrzałowością, czyli „Kalashnikov” (grany dwukrotnie). W wykonaniu Krzysztofa Rymszewicza był prawdziwym impulsem do zabawy. Aż chciało się chwycić za butelkę w kształcie broni, która towarzyszyła aktorom na scenie i przyłączyć się do zabawy. Nie zapominając przy tym o stosownym toaście ku pochwale zabawy. Aby podsumować w pełni ten fragment przedstawienia, warto posłużyć się onomatopeją: to nie było zwykłe pif-paf, ale prawdziwe BOOM-BOOM!

Zgodnie z tradycją w przerwach między piosenkami pojawiały się liczne interludia. Ich jakość bezstronnie można ocenić poprzez reakcje widowni, która cały czas pękała ze śmiechu. Jednak dowcip, interakcja i wspólne śpiewanie piosenek nie były tym razem główną atrakcją. Tę konkurencję wygrało zaproszenie publiczności do… tańca! Zwykle mało kto się na niego odważy wśród tylu obcych ludzi, jednak tu w prosty, ale skuteczny sposób oszukano obyczajowość tłumu. Ułożony dla wszystkich układ ruchów tanecznych, połączonych z humorystycznymi opisami, spowodował, że większość bez krępacji oddała się radosnej fantazji.

 


Ludowa otoczka w czasie utworów nie powinna pozwolić na wyłączenie ucha na jakość wykonań. W tym przypadku jednak rozłączenie tych dwóch czynników nie powodowało zgrzytów. Po wszystkich wykonaniach tego wieczoru można było w końcu docenić piosenkarzy naznaczonych piętnem Opola. Wielką chlubą jest możliwość chwalenia się mianem laureata tamtejszego festiwalu, ale tak naprawdę łączy się to z prozą życia: wymagania rosną, a możliwości rozwoju zwykle stają w miejscu. Na szczęście niektórzy umieją sami o nie zawalczyć. Jerzy Grzechnik podczas wykonywania „Forever and ever” i „Goodbye my love” popisał się nie tylko jakością śpiewu, ale także wielkim dystansem do swojej osoby (szczególnie w wersji XXL). Pozwoliło to na zwiększenie dozy autentyzmu w jego całokształcie scenicznym. Brał też udział w kultowym „Mój przyjacielu”, ale ten występ już na naszych łamach opisywaliśmy (w recenzji „Hity Buffo, czyli o związku dwóch dorosłych Panow” – przyp. red.). Natomiast Natalia Krakowiak wreszcie pokazała swoją bardziej liryczną stronę w „Byłam różą” i „Acropolis adieu”. Miejmy nadzieję, że takie przełamanie będzie następowało znacznie częściej.

Jeśli stawiamy poprzeczkę wysoko, to może zabrzmi to banalnie, ale w aspekcie Buffo znowu musi powrócić osoba „do niedawna najmłodszej” Natalii Kujawy. Po wyborze repertuaru dla niej widać zwłaszcza wielkie zaufanie reżysera, jakim została obdarzona. Podczas tego wieczoru zmierzyła się m.in. z „Modlitwą”, która okazała się zwycięską piosenką Eurowizji w 2007 roku. Ze swoich interpretacji wyszła jak zwykle z wdziękiem, a także mocą przekonania widza o realności emocji zawartych w tekście. Jakkolwiek można by tu pochwalić ją po raz enty, to lepiej zaznaczyć fakt, że przede wszystkim teraz czas na pracę. Mając takie predyspozycje szkoda by było, żeby jednym miejscem jej ekspresji artystycznych pozostał wyłącznie teatr muzyczny. Większość z twórców mówi A, a potem B, ona zaś już teraz ma za sobą  A, B i C, a może zajść jeszcze dalej i cieszyć ludzi swoim śpiewem. Niech ludzie odpowiedzialni za jej rozwój, jak chociażby trenerzy śpiewu, pracują z nią bez wytchnienia. W przyszłości da to na pewno wspaniałe efekty, o co jestem się w stanie założyć.

 


Jednak wracając do stricte rozrywkowej części koncertu, warto podziękować Turcji za to, ze część tamtejszych terenów zaliczana jest do Bałkanów. Przez to można było doświadczyć kolejnej perełki. „Kiss, Kiss” za sprawą Krzysztofa Rymszewicza stało się na nowo hitem, prawie niczym za czasów święcenia sukcesów na playlistach radiowych w Polsce. Nie bez znaczenia była towarzysząca mu osmańska księżniczka. Dominika Gajduk stanowiła w tym przypadku nie tylko dodatek, ale równie ważne ogniwo konceptu. Choć może zaprezentowany przez nią układ nie był wzorowym tańcem brzucha, to ogólne odczucia były wyłącznie pozytywne. Uśmiech w czasie tego wykonania stanowił odruch bezwarunkowy.

Po kulturalnych salonach Warszawy od dłuższego czasu krążyły plotki, że „Wieczór bałkański” w Buffo to najlepszy sposób na rozrywkowe przedstawienie koncertowe. Nie pozostaje teraz nic innego, jak napisać: to nie plotka, ale rzeczywistość! Wielka zasługa w tym wszystkim Krzysztofa Rymszewicza, który nie dość, że świetnie wykonuje swoją część w iście brawurowy sposób, to odciska swój znak również na kilku innych częściach spektaklu (np. podczas występów Moniki Ambroziak). Wszystkie wspomniane elementy składają się na najważniejszą zaletę całości - na niespełna dwie godziny naprawdę przenosimy się na Bałkany. Bawimy się i to na całego!

 

Tekst: Adam Berlik

Foto: matriały prasowe



Kategoria: Recenzje spektakli | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:
Studio Buffo „Wieczór bałkański”



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--