Romek z LGBT w tle

Zgodnie z zapowiedzią udaliśmy się niedawno na kolejną odsłonę znanego wszystkim dramatu Romeo i Julia. Poprzednio ocenialiśmy spektakl nakierowany przede wszystkim na rozrywkę (Romeo i Julia w Studio Buffo), tym razem, poprzez sztukę graną w Teatrze Powszechnym, spodziewaliśmy się doświadczyć uniesień duchowych, a nie tylko stricte wizualnych.  Takie wymagania wobec adaptacji dzieła Szekspira nie były podyktowane profilem teatru, ale przede wszystkim obsadą, która – bazując na swoim doświadczeniu – miała możliwości by zapewnić przeżycia na wysokim poziomie.

 


Już początek spektaklu w reżyserii Grażyny Kanii zwiastował, że będzie to niecodzienne dzieło. Pierwsza scena była odgrywana jeszcze w czasie, gdy publiczność gromadziła się na sali. Wszyscy bohaterowie zostali umiejscowieni na jednej wielkiej kanapie. Mimo to między poszczególnymi grupami były wyczuwalne niewidzialne bariery, oddzielające nie tylko postać od postaci, ale - co chyba w tym aspekcie najważniejsze - mentalność i świat danych jednostek od pozostałych. Ponadto każda z nich, w sposób pozawerbalny manifestowała swoją charakterystykę, pozostając jednocześnie w stanie uśpienia, z którego wybudzić ich miała sama publiczność.

Gdy akcja nabrała animuszu można było zauważyć dopracowanie scenograficzne. Na deskach teatru nie panował przepych, a każda znajdująca się tam rzecz miała wielokrotnie zastosowanie. Wspomniana kanapa zmieniała swoje położenie w zależności od biegu wydarzeń. Jej ogrom został wykorzystany do wydzielenia najróżniejszych barier w kreowanej rzeczywistości. W tak prosty sposób udało się podzielić scenę na różne światy, co zazwyczaj wygląda przekonująco tylko za pomocą bogatych scenografii. Podobnie proste, ale jednocześnie idealne dla całego konceptu zabiegi techniczne dotyczyły wykorzystania napisu „LOVE”, który znajdował się w tle wydarzeń.

 


Jednak dramatyczne przedstawienie całej historii pozostawia wiele do życzenia. Odarta z patetyczności forma spektaklu wyróżnia się swoją oryginalnością. Swoje epicentrum znajduje nie tyle w uwspółcześnieniu, lecz polemice ze współczesnymi problemami społecznymi. Na czoło w tym aspekcie wysuwa się postać Tybalda (Aleksandra Rożek), którego płeć zostaje zakwestionowana. Usposobienie męskości w pierwowzorze, staje się tutaj kobietą podającą za mężczyznę. Choć w tym przypadku, to najprostsza linia interpretacji. Tak naprawdę omawiany fragment może prowadzić do bardziej kontrowersyjnych wniosków. Kolejnym przekroczeniem granic w negatywną stronę są  sceny z Merkucjem (Michał Sitarski) i Benvoliem (Sławomir Pacek). Przez dłuższy czas ich dialogi są naprawdę bardzo zabawne. Do tego świetnie reprezentują społeczność młodych mężczyzn żądnych zabawy. Niestety, w pewnym momencie ich obecność zaczyna ciążyć: ile bowiem czasu można balansować między uczuciowymi ludźmi, a bezrefleksyjnymi bawidamkami? Nie da się tego oczywiście w żaden sposób dokładnie określić, ale pewno w tym przypadku było to o wiele za długo. Na koniec trzeba zakwestionować konieczność pojawienia się roli Parysa (Mariusz Wojciechowski). Choć do poziomu aktorskiego nie można mieć zastrzeżeń, to ta postać wydaje się być tylko zbędnym dodatkiem, który mógłby zostać potraktowany w tym przypadku niczym Rosalina - pozostać żywym tylko w dialogach bohaterów.

 


Scenariusz poza minusami zawierał też kilka plusów. Przede wszystkim doprowadził do stworzenia jednej bardzo oryginalnej scenki, będącej czymś wartym wspominania. Mowa o tańcu w czasie balu u Capuletich. Coś zjawiskowego!  Poza zakochującą się w tym momencie parą, inni bohaterowie w większości mieli na sobie maski rodem z „It” Stephena Kinga, co świetnie odnosiło się do ich codziennego usposobienia, połączenia dobra i zła. Nawet, gdyby ktoś nie przywołał tak precyzyjnego odwołania, to czy w codzienności każdy z nas nie ma w sobie czegoś z klauna?

Z kolei żądza aktorskiej uczty została całkowicie zaspokojona. Wyróżniała się rola Ojca Laurentego (Jacek Braciak), na kanwie której został oparty cały bieg wydarzeń. To on rozpoczął spektakl uwagami do widzów w języku angielskim, ale jednocześnie był osobą kreującą bieg wydarzeń w najważniejszych momentach akcji. Oczywiście na podobnym poziomie, co legendarna dwójka bohaterów – Romeo (Jacek Beler) i Julia (Katarzyna Maria Zielińska). Syn Montecchich w tym projekcie wydaje się dość oryginalny i pełny ekspresji, ale niestety chwilami zakrawa o egzaltację, przez co nabiera elementów sztuczności. Z kolei chluba rodziny Capuletich jest bardzo delikatna i subtelna w okazywaniu swoich uczuć. Swoją postawą oraz dość idealistycznym postrzeganiem świata budzi chęć kibicowania jej marzeniom. Staje się przez to pięknym, romantycznym przykładem oczekiwań wykreowanych przez ludzkie serce. Jednak największy zachwyt budzi tutaj kreacja Marty (Eliza Borowska). Głównie ze względu na jej wielowymiarowość. Jest powiernikiem Julii i potrafi przy tym być jej najlepszą przyjaciółką, wysłuchać, pomóc, poprzekomarzać się z nią. Umie także kłócić się z rodzicami o jej dobro, utrzymując swoją krucjatę w rysach zachowań służącej. Do tych dwóch postaw dodaje jeszcze emanowanie swoim seksapilem. Jest on bardzo smaczny, choć powoduje u spotykanych na jej drodze mężczyzn efekt kojota z wywieszonym językiem, niczym na widok najlepszego kawałka mięsa.

 


Pomysł Grażyny Kanii na przedstawienie zakazanej miłości na podstawienie kanonu literatury można ocenić na studenckie trzy plus. Dużo w tej adaptacji ciekawych pomysłów, ale w większości zostały one przeciągnięte, przez co zaczynały męczyć. Odarcie z patosu zakończyło się w tym przypadku stricte mainstreamowym przesłaniem. W rezultacie poruszające zakończenie pierwowzoru okazało się nudne, wręcz wytarte gumką z obowiązkowych uczuć konotowanych z „Romeo i Julią”. Taki zabieg jest niedopuszczalny, bez względu na rodzaj przyjętej stylistyki. Na szczęście zagospodarowanie przestrzeni oraz gra aktorów powodują, że sztuka staje się ciekawym doświadczeniem kulturalnym.

 

Tekst: Adam Berlik

Foto: materiały prasowe



Kategoria: Recenzje spektakli | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--