Konsjerż-bawidamek zaprasza!


Na początku za jego zgodą mogliśmy dołączyć do elitarnej Akademii Rushmore i poznać pokoleniową walkę o miłość. Później znaleźliśmy się w środku zagmatwanej historii rodziny Tenenbaumów. Zaskoczeni ich relacjami długi czas oczekiwaliśmy z jaką przygodą będziemy musieli się zmierzyć w następnej kolejności. Dopiero w 2007 nadjechał pociąg do Darjeeling, który zabrał nas w inne niż dotychczas, nieznane pole kulturowe. Nie mieliśmy pieniędzy na powrotny bilet, ale nasz problem rozwiązał Fantastyczny Pan Lis. Dzięki niemu poznaliśmy tajniki magii animacji skierowanej zarówno do dorosłych, jak i najmłodszych. Całość doznań była tak bogata, że wydawało się niemożliwym przeżyć coś więcej na Ziemi. Odbyliśmy więc lot na Księżyc i poznaliśmy tamtejszych kochanków. Okazało się, że żyją oni w bajkowym świecie, który był ukształtowany niczym budowla złożona z najlepszych elementów z przeszłości. Tak! Naszym przewodnikiem był nie kto inny, jak Wes Anderson. Teraz otrzymujemy nowe zaproszenie do wspólnej podróży.


 

Tym razem adresem, pod który mamy się stawić jest sławny Grand Budapest Hotel. To tutaj w czasie międzywojennym zjeżdżają się wszystkie najbardziej znane osobistości, w tym podstarzałe, ale bogate damy z wielu rodów szlacheckich. Ich ulubieńcem jest konsjerż - Pan Gustave H. (Ralph Fiennes), który dba o wszystkie ich potrzeby: zarówno żywieniowe, jak i… seksualne. Jak sam mówi: „Sypiam ze wszystkimi swoimi przyjaciółkami”. Jego wiernym towarzyszem jest młody boy hotelowy, Zero Moustafa  (Tony Revolori/F. Murray Abraham). Dobra moneta w życiu portiera w pewnym momencie jednak znika. Zostaje bowiem uwikłany w walkę o wielki spadek, czego rezultatem jest oskarżenie o zabójstwo księżnej i kradzież wiekopomnego renesansowego obrazu.

Do tego momentu film przypomina komedię zawierającą smaczki erotyczne. Jednak to dopiero początek wielkiego żonglowania gatunkami. Na czele familii aspirującej do odziedziczenia całego spadku stoi Dmitri Desgoffe-und-Taxis (Adrien Brody), który z racji swojego usposobienia spokojnie mógłby wejść w skład rodziny Adamsów. Na jego usługach jest niejaki Jopling (Willem Dafoe). Pozornie przypomina prywatnego detektywa, ale tak naprawdę bliżej mu do zawodowego zabójcy. Kilka scen z jego udziałem jest niczym z horroru. Natomiast pościg za konsjerżem i śledztwo w jego sprawie, które prowadzi inspektor Henckles (Edward Norton), dostarcza fabule wątki sensacyjne. Całość uzupełniają liczne sekwencje rodem z filmów akcji. Na szczęście po tym całym kolażu widać, że był za niego odpowiedzialny doświadczony twórca, a nie dopiero aspirujący do roli sztukmistrza praktykant.

Anderson w kreowaniu świata w swoich dziełach konsekwentnie używa jednej istotnej cechy. Są nimi piękne, pełne barwy scenografie, które nadają całości swoistej delikatności zahaczającej urokiem o baśniowość. Dzięki temu odbiór każdej historii przypomina chwilami lekturę pięknie ilustrowanej książki. Nie inaczej jest tym razem, gdzie kolejne sceny są wizualną przyjemnością, która delikatnie tuszuje dosadność niektórych wątków. Do tego została dodana klamra kompozycyjna, która ukazuje przedstawioną historię jako spisaną opowieść. Poprzez to odbiór „Grand Budapest Hotel” w formie kolejnego tomu pięknej baśni jest jeszcze bardziej spotęgowany.

Wyjątkowym zabiegiem zastosowanym w narracji wizualnej tej historii była mnogość perspektyw przy obserwacji niektórych wydarzeń. Przypominała chwilami zabawę podczas wyboru kamery w grze komputerowej. Mogliśmy obserwować bohaterów z punktu widzenia ich samych, pozycji przed, za i obok postaci, ale także kamery umiejscowionej na dużej wysokości ponad miejscem wydarzeń. Dzięki temu podążanie za wydarzeniami przypominało śledzenie przemieszczającego się punktu na mapie.

W aspekcie konstrukcji filmu można powiedzieć, że reżyser ociera się o perfekcję. Akcja została zaplanowana w taki sposób, że już od pierwszego wydarzenia mamy do czynienia z efektem domina, gdzie każda sytuacja wywołuje następną. W wartkość zdarzeń świetnie wkomponowują się dialogi, które w odpowiednim momencie bawią i to często w dość kontrowersyjny sposób. Uzupełnieniem dla tych elementów jest muzyka genialnego Alexandre Desplata, dopasowująca się idealnie do fabuły, przez co recepcja dzieła staje się wielopoziomowa.

Każda z wymienionych zalet jest puzzlem składającym się na całą układankę, którą tak naprawdę jest relacja Gustava H. z Zero. Obaj pogłębiają swoją więź, aż do tego stopnia, że ich przyjaźń przemienia się wręcz w niepisaną relację ojciec-syn. Choć żaden z nich się do tego nie przyznaje, chwilami jest to nad wyraz zauważalne. Gdy zsumuje się wszystko ze sobą staje się jasne, że „Grand Budapest Hotel” jest tytułem, który obowiązkowo trzeba zobaczyć. Może chwilami brak w nim pełnego uroku zawartego w „Kochankach z Księżyca”, ale na pewno jest dowodem, dlaczego jego autor zasługuje na tak wielką popularność. W latach 80-tych i 90-tych sukcesy święcił Wes Craven, ale teraźniejszość i przyszłość należą do jego imiennika – Andersona.

 

Tekst: Adam Berlik

foto: materiały prasowe

 



Kategoria: Recenzja filmu | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--