„Kamienie na szaniec” w reżyserii Roberta Glińskiego jeszcze przed oficjalną premierą mają zarówno rzesze fanów, jak i przeciwników. Sceptycy zarzucają filmowi skrótowość i brak wierności faktom historycznym. Zwolennicy natomiast odpierają zarzuty, przypominając, że nie jest to kino dokumentalne, a fabularne. I jak to zwykle w tego typu sporach bywa – prawda leży po środku…


Pierwszym filmowcem, który podjął się adaptacji „Kamieni na szaniec”, czyniąc z niej inspirację dla swojego dzieła był Jan Łomnicki, który do współpracy przy realizacji filmu zaprosił Jerzego Stefana Stawińskiego, scenarzystę i pisarza znanego z filmów takich, jak: „Kanał”, „Eroica” czy „Krzyżacy”. Po prawie 40 latach od pierwszej adaptacji filmowej utworu Kamińskiego do tematu ukazującego losy harcerzy z Szarych Szeregów powrócił Robert Gliński. Reżyser i wykładowca, były rektor łódzkiej szkoły filmowej, ma na swoim koncie takie filmy jak „Cześć, Tereska”, „Matka swojej matki” czy „Świnki”. Reżyser podczas poniedziałkowej konferencji prasowej przyznał, że jednym z powodów, dla których rozpoczął pracę nad filmem był fakt, że jego matka należała do Szarych Szeregów i znała osobiście Rudego, Zośkę i Alka.


 



Twórcy filmu zaznaczają, że powstał on przede wszystkim w odniesieniu do utworu Aleksandra Kamińskiego, jednak inspiracje czerpali nie tylko z „Kamieni na szaniec”, lecz także z prywatnych relacji między innymi Stanisława „Orszy” Broniewskiego czy dokumentów polskiego historyka Tomasza Strzembosza. Fakt ten należy mieć w pamięci, ponieważ jednym z zarzutów pod adresem filmu, jest to, że nie odwzorowuje w sposób bezpośredni wydarzeń zawartych w książce. Należy również pamiętać, że sama powieść także nie była rekonstrukcją faktów historycznych. Zarówno bohaterowie, jak i przedstawione wydarzenia zostały podporządkowane idei, jaka przyświecała Kamińskiemu podczas pisania książki w 1943 roku. A tworzył ją „ku pokrzepieniu serc” – dla społeczeństwa zmęczonego okupacją.

Analogicznie, filmowi Glińskiego również przyświecał pewien cel, któremu podporządkował swój utwór. Jak przyznał podczas konferencji prasowej, zależało mu na tym, aby zainspirować do sięgnięcia po książkę, a nie streszczać ją.


O ile pewne skróty nie są rażącym pominięciem ani nie ujmują samym bohaterom czy dramaturgii, a wręcz dynamizują akcję, tyle ograniczenie akcji Małego Sabotażu do jedynie zestawienia kilku scen ukazujących działania organizacji budzi pewne zastrzeżenia. W formie owego skrótu, została przedstawiona chociażby jedna z najsłynniejszych akcji, w których wzięli udział chłopcy, a o której mówiono w całej Europie. Było to zdjęcie niemieckiej tablicy, umieszczonej na pomniku Mikołaja Kopernika. Skrócenie tego wątku  jedynie do kilku ujęć było nie tyle błędem twórców, a swego rodzaju ignorancją.


Twórcy skupili się na bohaterach, ich emocjach i łączących relacjach. Podczas seansu nie trudno było zarówno o chwile wzruszenia, jak i momenty, które budziły delikatny uśmiech, pozwalając na chwilę wytchnienia. Po wyjściu z kina, towarzyszyło poczucie jakby Rudy, Zośka i Alek, byli bliskimi znajomymi, którzy pozostali w sercu na dłuższy czas. A patrząc na emocje i napięcia, które towarzyszyły bohaterom i ich ukochanym, trudno było oprzeć się myślom – jak zachowałabym/zachowałbym się w takiej sytuacji.


Brakowało jednak nieco więcej ujęć okupowanej Warszawy.  Twórcy pokazując walczącą stolicę, mieli okazję stworzyć przejmujący, portret zbiorowy ludności miasta, jednak nie wykorzystali tej okazji.


Świadomym, i w mojej ocenie trafnym zabiegiem twórców, było obsadzenie w głównych rolach trójki młodych aktorów. Fakt ten był o tyle ważny, iż postacie nie były zdeterminowane przez poprzednie role.

Dla Marcela Ziętka, Marcela Sabata i Kamila Szeptyckiego, czyli filmowych Rudego, Zośki i Alka role w filmie były o tyle trudne, iż musieli zmierzyć się z wizerunkiem swoich bohaterów, których portret tkwi w każdym, kto przeczytał powieść Kamińskiego. Jednak młodzi aktorzy poradzili sobie w tych rolach znakomicie. Rudy, Zośka i Alek dojrzewają na ekranie, a czar filmu polega na tym, że nie zawsze jest to zawarte w słowach, a w czynach i bohaterskich postawach chłopców.


Nie trudno dziwić się ilości dyskusji, które wzbudza film. Adaptacja dzieła o takiej randze i znaczeniu zawsze będzie budzić emocje. Trudność stworzenia tego filmu opierała się w moim odczuciu właśnie na tym, że „Kamienie na szaniec” są utworem, który mocno zaznaczył się w świadomości Polaków. Trudnością jest także przełożenie patosu, który towarzyszy lekturze. Jednak w tym wypadku został doskonale pokazany w działaniach członków Szarych Szeregów.


Krótko mówiąc - film warto obejrzeć. Nie tylko po to, by zająć stanowisko w toczących się od kilku dni dyskusjach, ale zobaczyć dobre, wartościowe kino, które reprezentuje wysoki pułap, nie tylko na poziomie rodzimej kinematografii, ale aspiruje do światowej rangi.

 

Tekst i foto: Maria Cichocka


Kategoria: Recenzja filmu | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--