Hity Buffo, czyli o związku dwóch dorosłych panów


Warszawska scena kulturalna może pochwalić się najlepszymi teatrami muzycznymi w kraju. Na występy w Studio Buffo czy Romie zjeżdżają się ludzie z całej Polski, a bilety na spektakle często trzeba kupować z dużym wyprzedzeniem.  Po ostatniej, optymistycznej recenzji z okazji 23-lecia „Metra” postanowiliśmy ocenić wydarzenie tytułowane „Hitami Buffo”.  W ich skład wchodzą wybrane piosenki z tematycznych wieczorów muzycznych (m.in. latynoskiego, rosyjskiego czy bałkańskiego), a ilość wykonań pozwala przede wszystkim na dokładny przegląd wykonawców, ich talentów wokalnych, ale także tych bardziej wartościowych, czyli czysto scenicznych.

Całość zapowiadała się na zwykły koncert, jednak kształt nadany mu przez Janusza Józefowicza (reżysera) spowodował, że wszyscy goście zaangażowali się we wspólną zabawę. A to nie jest przecież  proste, gdy człowiek ogląda spektakl siedząc. Co takiego zrobił więc dyrektor teatru prowadzący spektakl? Nie ograniczył się przede wszystkim do roli zapowiadającego, który najczęściej pełni jedynie rolę informacyjną. W tym przypadku mamy do czynienia z nawiązaniami do zawodu trochę już w naszym społeczeństwie zapomnianego. Mowa oczywiście o stanowisku wodzireja, zapewniającego najlepszą zabawę w czasie wydarzeń kulturalnych. Do jego głównych zadań należało bowiem dbanie o interakcję między widzami a występującymi, której współczesnym konferansjerom w większości przypadków brakuje. Józefowicz natomiast kapitalnie balansował na krawędzi w swoich żartach: politycznych, społecznych i twórczych. Zawsze jednak znał granicę smaku i dzięki temu rozbawiał publiczność do łez. Nie unikał także autoironii, co pozwalało widzom zbudować poczucie swoistej równości między nimi samymi, a prowadzącym na scenie. Dodatkowo zrobił coś wyjątkowego, wyznaczającego status klasowego wodzireja – mimo swojej charyzmy, nie wybijał się na pierwszy plan, dając możliwość stworzenia prawdziwego show występującym artystom.

Koncert rozpoczął się od elementów z wieczoru latynoskiego. Na dobry początek - „Copa de La Vida”. Jak na otwarcie takiego koncertu wykonanie Natalii Srokocz pozostawiało wiele do życzenia i nie udało się tego ukryć nawet bogatą i piękną aranżacją. Na szczęście po chwili na scenę wkroczył niezawodny Artur Chamski i zaprezentował „Speedy Gonzalesa”. Trzeba przyznać, że wszystkie jego kreacje, również i ta, są świetnym połączeniem śpiewu z humorem. Artysta udowadnia, że wartość sceniczna nie musi koniecznie odznaczać się w teatrze muzycznym wielką skalą głosu. W tle towarzyszyła mu Aleksandra Zawadzka, ale może warto dać jej szansę na wykonanie jakiejś piosenki samodzielnie? Następnie wraz z publiką zostało odśpiewane „La cucaracha”, a chwilę później po raz pierwszy zaprezentowała się największa gwiazda Buffo – Natasza Urbańska - która zaśpiewała „Mambo”. Pierwszą część zakończyła prawdziwa bomba. „Hijo de la Luna” w wersji Natalii Kujawy to najpiękniejsza, ale przy okazji najlepiej wykonana piosenka wieczoru, prawdziwy rarytas koncertów w Buffo. Świetna aranżacja orkiestry Janusza Stokłosy, minimalizm dekoracji oraz wykonawczyni, która w pełni rozumie o czym śpiewa. Patrząc w tekst piosenki, chciała zaczarować księżyc, a udało jej się zaczarować całą salę.

Kolejne na scenie pojawiły się piosenki rosyjskie. Siłą „Jołoczki” (Natasza Urbańska) była śnieżna aranżacja, godna największych wystąpień teatralnych. Następnie, po raz kolejny, doszło do interakcji na linii artyści-widownia. „To były piękne dni” w wersji polskiej i rosyjskiej rozruszały publikę, która chwilę później przeniosła się w zupełnie inny świat przy „Oczach Czarnych” (Mariola Napieralska). Warta odnotowania tu jest multimedialność, gdyż wykonywaniu piosenki towarzyszył pokaz wizualny tańca z początku XX wieku. Symbioza dźwięku i obrazu na pewno zwróci uwagę każdego widza żądnego perfekcji. Zupełna nowość w Buffo to pokaz „Taganki”, która tydzień temu zadebiutowała w Wieczorze Rosyjskim II.  Znajdziemy tu zarówno akordeon, jak i rap, co powoduje, że utwór trafi przede wszystkim do młodszego pokolenia. Nie jest to rzecz jasna zarzut, ponieważ wykonanie stoi na naprawdę wysokim poziomie. Tutaj Artur Chamski wraz z Natalią Kujawą pokazują inne oblicza i ponownie przykuwają uwagę widza. Warta zauważenia jest zwłaszcza postawa młodej aktorki, która po wcześniejszym poruszającym wykonaniu genialnie odnajduje się w innym stylu. Abstrahując już od jej głosu, odnotować trzeba przede wszystkim flow i ruch sceniczny, który, w przeciwieństwie do innych występujących, wydaję się całkowicie naturalny. Na koniec części rosyjskiej pojawiły się „Biełyje Rozy”. Po raz kolejny Natasza Urbańska porwała gości teatru w takim stopniu, że na sam koniec spektaklu piosenka doczekała się bisu. Jej siłą, na równi ze śpiewem, byłą męska grupa taneczna. Stroje i przerysowana mimika idealnie pasująca do konwencji powodowały, że ludzie po prostu pękali ze śmiechu. Głównie za sprawą Pawła Orłowskiego i Jarka Janikowskiego. Ten pierwszy nawet chwilę po pokazie zaprezentował solówkę breakdance’u.

Najsłabszą częścią „Hitów Buffo” były fragmenty anglojęzyczne. Początek był dość obiecujący, gdy Jerzy Grzechnik zmierzył się z „Bohemian Raphsody” legendarnego zespołu Queen. Do tego towarzyszył mu chórek składający się z wokalistów Zespołu Buffo. Niestety, później było tylko gorzej. „Nothing compares” (Natalia Krakowiak) było tylko odtwórczym wykonaniem, pozbawionym jakiś większych emocji, a „Wake me up” (Natasza Urbańska) zabrakło większego wyrazu. Całość uratowała Mariola Napieralska, której „Simply the Best” żywiołowością przypomniało występy Tiny Turner.

Kolejną ucztą była prawdziwa wariacja na temat klimatów bałkańskich. W pełni odzwierciedlała ona kulturę tamtego społeczeństwa: pełną zabawy, szaleństwa i pozytywnego klimatu. „Mój przyjacielu” to popis całej stawki męskiej ekipy teatru. Przoduje tu Jerzy Grzechnik, a rolę podłego (spojonego) przyjaciela-marionetki odgrywa Artur Chamski. Zgodne z tekstem scenki rodzajowe odegrane przez tancerzy i samego Janusza Józefowicza perfekcyjnie oddały całość zależności w męskiej przyjaźni. Bezsprzecznie mogłyby wejść w skład teledysku tej znanej kompozycji. Chwilę później „Mała” (Natasza Urbańska) utrzymała autoironiczny wydźwięk występów. A zwieńczeniem tej części była istna zabawa przy „Prawy do lewego”, gdzie szansę zaprezentowania się miała większość wykonawców. Tuż potem nastąpił bis, w skład którego weszły wspomniane wcześniej „Bielyje Rozy” oraz latynoski klasyk – „She bangs” (Krzysztof Rymszewicz). W czasie ostatniej piosenki tancerki w tanecznym rytmie wyprowadzały z sali wybranych gości.

Kolejny wieczór w Buffo okazał się czasem świetnej zabawy. Prawie dwugodzinny koncert minął błyskawicznie, ale odczucia po nim zostały nadal żywe. Gwiazdami wieczoru była na pewno Natalia Kujawa, a także Artur Chamski i sam Janusz Józefowicz. Dla ich występów można przychodzić w ciemno do teatru na Konopnickiej, a  chwilami chciałoby się zobaczyć ich w większej ilości piosenek. Bohaterami w tle zostają członkowie orkiestry, którzy pod przewodnictwem Janusza Stokłosy dostosowali się do gwiazd wieczoru. Pozytywnym zaskoczeniem była męska grupa taneczna, która tym razem wrażeniami przyćmiła swoje koleżanki po fachu. Jakkolwiek angielska część nadaje się do poprawki, to całość bezwzględnie warta jest zobaczenia.

A długoletni związek Józefowicza z Stokłosą, można ocenić po warszawsku – „są w sztosie”!

 

Tekst: Adam Berlik

Foto: materiały prasowe

 

 

 



Kategoria: Recenzje muzyczne | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:
Hity Buffo Studio Buffo



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--