Najnowszy film Lee Danielsa na pewno nie rozczarowuje, ale nie daje też poczucia, że właśnie obejrzeliśmy kawał dobrego kina, które na długo wryje się nam w pamięć.


Akcja Kamerdynera, bo o nim mowa, rozpoczyna się w końcówce lat dwudziestych minionego stulecia na południu Stanów Zjednoczonych. Główny bohater, młody Afroamerykanin Cecil Gains, ucieka z plantacji bawełny, na której pracował jako służący. Dzięki nabytym umiejętnościom i szczęśliwym zbiegom okoliczności dostaje posadę w ekskluzywnym hotelu, a następnie w 1957 roku dołącza do służby w Białym Domu, gdzie przez następne trzydzieści lat pracuje dla ośmiu kolejnych prezydentów Stanów Zjednoczonych. W tym samym czasie w tle rozgrywają się najważniejsze wydarzenia związane z walką na rzecz zrównania praw obywatelskich Białych i Czarnych obywateli U.S.A.


Wydawać by się mogło, że osią fabularną tego typu filmu będą postawy i przemyślenia bohatera, który ma możliwość obserwowania „od kuchni” polityki rozgrywającej się na najwyższych szczeblach władzy i zna kulisy podejmowania najważniejszych decyzji. Reżyser zdecydował jednak inaczej i w dwie godziny próbuje opowiedzieć przynajmniej trzy historie, z których każda zasługuje na osobny film.

Oczywiście kluczowy jest tu wątek rasowy, czyli wybijanie się Czarnych Amerykanów na równouprawnienie. Wszystkie wydarzenia polityczne związane ze zmianami społecznymi śledzimy za sprawą poczynań starszego syna Cecila, Louisa, który nie godził się na dyskryminację w szkołach, segregację w toaletach, czy restauracjach i wstydził się, że jego ojciec „służy” Białym. Od początku studiów sympatyzował z Jamsem Lawsonem, był zaangażowany w działalność Czarnych Panter i Jeźdźców wolności. Postać Louisa to typowy rewolucjonista, który głośno domaga się takich samych praw dla wszystkich obywateli jego kraju. Po drugiej stronie sytuuje się postawa jego ojca i młodszego brata. Obydwaj oni uważają, że najlepiej przysłużą się „sprawie” jeśli sumiennie będą wykonywać swoje obowiązki, pokaż, że Afroamerykanin jest równie wartościowy co Biały. Dlatego też Charlie jedzie na wojnę w Wietnamie, a Cecil z dbałością o najmniejsze szczegóły pracuje dla kolejnych (białych) prezydentów. Oczywiście te dwie postawy nie mają możliwości współistnieć, stąd też przez większą część filmu między Louisem, a jego ojcem (i bratem) trwa otwarty konflikt. Jest to bodaj najciekawsza kwestia poruszona w Kamerdynerze i wielka szkoda, że twórcy nie skupili się wyłącznie na niej.

Różnica postaw w rodzinie Gainsów jest pretekstem do tego, aby pokazać również wydarzenia historyczne (takie jak choćby atak Ku Klux Klanu na autobus Jeźdźców wolności), które torowały drogę czarnej społeczności do wywalczenia swoich praw. Niestety na Starym Kontynencie (z oczywistych względów) są one słabiej znane niż za oceanem, dlatego spora część widowni (zwłaszcza Ci, którzy słabiej orientują się w historii Stanów Zjednoczonych) może mieć niedosyt związany z „telegraficznym skrótem” historii jakiego dokonują twórcy. Ten sam los podzielili właściwie wszyscy pokazani prezydenci zredukowanych jedynie do popkulturowych klisz (właściwie w takiej formie można by ich zupełnie pominąć gdyby nie to, że oni najlepiej sygnalizują upływ czasu).

Ostatni wątek w Kamerdynerze skupia się wokół problemów jakie przysparza Cecilowi jego bezgraniczne oddanie pracy w Białym Domu. Gloria, żona Gainsa, co i rusz czuje się zaniedbana, zaczyna pić  i o mały włos nie „wpada w ręce” namolnego sąsiada. Potem jednak sytuacja normuje się, Cecil ogranicza godziny pracy, ale ledwie kilka scen później dochodzi do drastycznej kłótni między nim, a Louisem w wyniku której Gloria znów częściej zaczyna zaglądać do kieliszka. Trudno jednak dokładnie zrekonstruować logikę tego wątku, ponieważ rwie się on kilka razy, a pozornie duże problemy rozwiązują się same gdzieś poza okiem kamery.

Wszystkie te wątki są niewątpliwie ciekawe i trudno się dziwić, że Daniels nie chciał z żadnego zrezygnować. Jednak w wyniku nagromadzenia tematów fabuła staje się mocno przeładowana, a żaden z nich nie jest dostatecznie wyeksponowany (co nie pozostaje bez wpływu na tempo filmu). Gdyby tego było mało na koniec zaserwowano widzowi (aż nadto)happy end w najbardziej hollywoodzkim stylu jaki tylko można sobie wyobrazić.

Za atut filmu można z kolei uznać obsadę poprzetykaną tu i ówdzie gwiazdami największego formatu. W rolę Cecila Gainsa wcielił się obsypany nagrodami za rolę Idi Amina Forest Whitaker i choć może jak na europejskie standardy zagrał zbyt „płasko” pozostawało to w zgodzie z poczciwym i zrównoważonym charakterem bohatera. W krótkich epizodach oglądamy też Jane Fondę (Nancy Reagan), Robina Williamsa (Dwight Eisenhower), Mariah Carey (matka Cecila), czy Lenny’ego Kravitza (pracownik Białego Domu). Wisienką na torcie jest jednak kreacja Oprah Winfrey, która zdaje się „ukradła show” samemu Whitakerowi. Można odnieść wrażenie, że rola Glorii została napisana specjalnie po to, aby mogła zagrać ją Winfrey, bo robi to z niezwykłym wyczuciem, ogromnym smakiem i profesjonalizmem zawodowej aktorki. Wszystko to sprawia, że ani przez chwilę nie widzimy na ekranie Oprah, a prawdziwą Glorię Gains.

Niestety kreacja Winfrey to chyba jedyny element, który można z całą odpowiedzialnością pochwalić. Wydaje się, że Daniels nie mógł zdecydować się na co postawić, a ponieważ chciał powiedzieć dużo nie wyszedł z tego obronną ręką. Film jest momentami zbyt fragmentaryczny, pocięty i niewyczerpany, ale może to mieć swoje plusy promocyjne. Dzięki temu, że obraz jest zróżnicowany pójdą na niego zarówno Ci, którzy gonią za sensacją - „smaczkami” z kuluarów Białego Domu, jak i tacy którzy będą chcieli obejrzeć dramat społeczny, ale także Ci, którzy są ciekawi historii walki o równouprawnienie obywateli w Stanach Zjednoczonych. Szkoda tylko, że prawdopodobnie nikt nie wyjdzie w pełni usatysfakcjonowany.

 

Tekst: Monika Augustyniak

Foto: materiały prasowe

 



Kategoria: Informacje prasowe | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--