Wywiad z Piotrem Rzepką scenarzystą i reżyserem przy okazji premiery jego  najnowszego filmu „Południk zerowy”. O filmie, inspiracjach i pracy nad własnym dziełem.

 


Q: Piotrze, kiedy i w jakich okolicznościach zainteresowałeś się filmem?


A: Na początku chciałem zostać sławnym aktorem. W wieku 12 lat marzyłem, żeby być jak Macaulay Culkin - grać w filmach, dostawać nagrody. Ale na castingi nie chodziłem. Uczestniczyłem za to w różnych kółkach teatralnych; nawet dobrze mi szło, ale mama zaczęła mówić, że to bez sensu, bo z tego się nie da wyżyć. Uznałem więc, że jeśli nie aktorem, to zostanę sławnym pisarzem, a ponieważ moje książki będą oczywiście natychmiast ekranizowane – wtedy będę grywać w tych ekranizacjach! Zawsze sobie wyobrażałem ekranizacje tych swoich książek. Miałem w głowie sceny filmowe i ciężko mi to było zapisać, no bo jak ująć w słowa, że bohaterowie walczą jak w „Matriksie”. Lubiłem o sobie myśleć, że mam filmową wyobraźnię.
Pomyślałem więc, że w takim razie może zostanę jednak filmowcem. To się jeszcze zbiegło z tym, że kiedy poszedłem do liceum, mój dobry kolega, który je wtedy kończył, chciał zdawać do łódzkiej filmówki. Wtedy złapałem bakcyla, żeby też coś zrobić i zaczęliśmy z przyjaciółmi kręcić pierwsze filmy. A na to się dodatkowo nałożył Woody Allen, którego pasjami oglądałem. Wymyśliłem, że chce robić takie filmy jak robi Allen.


Q: A pierwszy twój film na poważnie, taki powiedzmy dłużej niż krócej metrażowy?


A: Zrobiłem dużo kiepskich rzeczy przed pójściem na studia, w liceum z kolegami, na własną rękę. Nie mieliśmy żadnego kółka filmowego. Było z kolei kółko teatralne - to byli nasi aktorzy. Kręciliśmy filmy akcji, science fiction. Zrobiliśmy na przykład trawestację Batmana. Wyobraźnia Tima Burtona też mnie trochę spaczyła.

A tak na poważnie to chyba dopiero na studiach, w AFicie (Akademia Filmu i Telewizji - przyp. red.)


Q: Sam piszesz scenariusze do filmów?


A: Tak, sam. Bywają takie momenty, że – eureka – siadam i piszę parę dni i jest super; potem poprawiam. Albo i nie poprawiam, bo stwierdzam, że jest tak super, że od razu działamy. A mam też takie, które katuję miesiącami. Problem jest taki, i chyba każdy scenarzysta tak ma, że wymyśla najczęściej tylko dwie części z trzech i ma blokadę. Są tacy, którzy od razu wiedzą, jaki jest początek i koniec, a nie mają pomysłu na środek, albo wiedzą jaki jest środek i jakie będzie zakończenie, ale nie wiedzą jak zacząć, albo wiedzą jaki jest początek i środek, a nie mają zakończenia i tak dalej. Ja najczęściej mam początek i zakończenie, nie mam środka. I mam wtedy straszliwy problem. Człowiek siedzi, męczy się. I w zasadzie nie ma chyba jednej konkretnej metody, dużo zależy od pomysłu, od historii. Wtedy długo myślę o tym projekcie i dopiero kiedy stwierdzę, że to mi się uleżało w głowie dostatecznie dobrze, to wtedy zaczynam pisać.


Q: W przypadku Twojego pierwszego scenariusza jaka była największa różnica między scenariuszem a jego realizacją?


A: Scenariusz był dużo zabawniejszy. Będąc w liceum działałem na internetowym forum „Kamera! Akcja!” – forum niezależnych filmowców polskich. Wrzuciłem tam ten scenariusz i wszyscy pisali, że super, że bardzo zabawny. Kiedy zrobiłem film, również go tam umieściłem. Wtedy pojawiły się głosy, że na papierze było śmiesznie, ale w filmie zupełnie to tak nie działa. I to mnie strasznie zabolało. Pomyślałem sobie, „cholera jednak nie jestem zabawny. Minąłem się z powołaniem”. Ale znowu na pierwszym publicznym pokazie „Południka Zerowego” (13.11.2013 r. – przyp. red.) bardzo często wybuchały salwy śmiechu.


Q: No właśnie, a o czym jest „Południk zerowy” – twój najnowszy film?


A: Film jest o młodym muzyku, około trzydziestoletnim, takim polskim Bobie Dylanie, który jest szczęśliwie żonaty i wiedzie całkiem przyjemne życie, ale ma też menedżerkę, z którą łączy go dosyć niejednoznaczny układ. Pewnego dnia ta menedżerka oznajmia mu, że się zaręczyła, po miesiącu znajomości z facetem, o którym on w ogóle nic nie wiedział. On tydzień później ma grać „najważniejszy koncert w karierze”, ale kiedy się dowiaduje o tym, że ona się zaręczyła, nagle przeżywa, można powiedzieć, małą zapaść. Nie może grać, nie może śpiewać. Generalnie to jest dla niego wszystko dziwne i trudne. Zostaje wysłany więc do psychiatry, który każe mu wyjechać do takiego miejsca, które nie będzie mu się w ogóle kojarzyło z obecnym życiem, żeby sobie zresetował umysł. Wyjeżdża więc do swojego rodzinnego miasteczka, które jest miejscem z nieco innej bajki. To jest prowincja, sielskie klimaty. Z tym, że na miejscu okazuje się, że ta menedżerka, której zostało powiedziane, że ma trochę wolnego, również postanawia zrobić sobie małą przerwę i razem z narzeczonym wyjeżdżają na krótki urlop… do tegoż właśnie miasteczka. I cała trójka spotyka się na rynku. Na domiar złego, narzeczony jest wielkim fanem głównego bohatera i za nic w świecie nie chce przepuścić okazji do zapoznania się z nim.


Q: Co Cię inspirowało przy tworzeniu głównego bohatera?


A: Nie mam chyba jednej konkretnej inspiracji. Główny bohater jest pewnym konstruktem intelektualnym. Ja generalnie rzadko podchodzę do czegoś emocjonalnie. Od zawsze ciekawiły mnie problemy w kontaktach damsko-męskich. Zawsze jest tak, że w pewnym momencie wszystkie relacje zaczynają być podszyte takim napięciem erotycznym, które jest nieuniknione, no i teraz pytanie jak sobie ludzie z tym poradzą. Zawsze mnie fascynowało, że jak facet wysyła jakiś zupełnie jego zdaniem neutralny sygnał, to kobieta odczytuje go bardzo nieneutralnie. I vice versa. Nawet może częściej vice versa. To jest taka moja koncepcja, która jak na razie się sprawdza. Sposób myślenia kobiety i sposób myślenia faceta to są dwie zupełnie inne bajki. A potem doszły mi inne pomysły. Pomyślałem, że można z tej historii wyciągnąć dużo więcej. Ogólnie rzecz biorąc moja idea reżyserii polega na tym, że do istniejącej historii dodaje się coś „ponad”. Trochę się identyfikuję z tezami Eisensteina, że obraz filmowy powinien nieść swoje zupełnie odrębne znaczenia, niezależne od samej historii. Ale ja siłą rzeczy jako autor wiem dużo więcej niż widz; każdy widzi film na swój sposób i znajduje w nim co innego. Wszystkie filmy, które robię, są
w moim odczuciu bardzo pesymistyczne, a często spotykają się z zupełnie przeciwnym zrozumieniem. Na przykład mój poprzedni film, „Rozmowy ze śmiercią”, który jest krytyką współczesnego społeczeństwa konsumpcyjno-rozrywkowego, dostał główną nagrodę na festiwalu filmów optymistycznych… Bardzo mnie rozbawiło, że ktoś zakwalifikował ten film jako optymistyczny, całkowicie przewinie do moich zamiarów.


Q: Nie czujesz się w takich momentach niezrozumiany?


A: Nie. Jak powiedziałem, każdy widzi w filmie co innego i ma do tego święte prawo. Ciekawi mnie to po prostu. Jak na przykład słyszę „Słuchaj, super film. Mega pozytywny”, to tak się zastanawiam „dobra, ale co było pozytywnego w tym filmie, poza tym, że był zabawny?”. Moja idea filmu, którą w pewnym sensie dzielę ze wspomnianym Woodym Allenem jest taka, że dobry film to bardzo zabawny film o bardzo niezabawnym wydźwięku. Taki, po którym wychodząc
z kina, widz myśli sobie „kurczę, w sumie to dlaczego ja się śmiałem?”. Ale widać muszę jeszcze trochę popracować nad tym, żeby wywołać taki efekt u każdego widza.


Q: To może kilka słów na temat Twoich allenowskich inspiracji?


A: Mój sposób myślenia o świecie jest w dużej mierze przez filmy Allena wyrobiony. Z drugiej strony ważam, że moje filmy są bardzo nieallenowskie w formie. Może w punkcie wyjścia historii gdzieś tam ten Allen pobrzmiewa, natomiast inny jest sposób prowadzenia bohaterów, prowadzenia narracji. Moi bohaterowie nie są na przykład tacy neurotyczni. Bardziej też bawię się formą, przywiązuję do niej większą wagę. Allen jest facetem, który opowiada historię, i najważniejsza jest dla niego ta historia. To są wszystko długie ujęcia, w szerokich planach. Ja od tego odchodzę. Formalnie to w ogóle nie przypomina Allena. Inna sprawa, czy się patrzy na formę czy się patrzy na historię. To jest coś co jest dla mnie trudne, że ludzie oglądając film zwracają uwagę tylko 
i wyłącznie na fabułę, a nie patrzą na to, jak to jest zrobione. Widownia nie potrafi oddzielić sobie tych dwóch rzeczy, bo nikt jej tego nie uczy. W szkole filmowej zresztą też tego nie uczą 
i potem filmowcy myślą, że zrobić film to znaczy nakręcić scenariusz, a nie na tym polega przecież robienie filmów, nie na tym polega reżyseria. Przynajmniej moim zdaniem. Obecnie mam zresztą okazję powyżywać się jako pedagog, prowadząc warsztaty z reżyserii. Uczę ludzi, że reżyseria to jest sposób myślenia - to jest taka moja filozofia.


Q: A jak to jest móc wreszcie, po miesiącach pracy, obejrzeć swój film z widzami?


A: Kiedy go robisz, to oglądasz go bez przerwy. I pod koniec masz serdecznie dość. „Jezu, jeszcze raz to obejrzeć....” No więc potem, jedyna satysfakcjonująca rzecz to oglądanie tego z widzami. Bo kino jest rozrywką zbiorową. To jest świetne w sali kinowej - widzisz czy widzowie reagują czy nie, jak. I wtedy jest to dla Ciebie emocjonujące: zaśmieją się czy nie. Z drugiej strony jest to też stres. Jak się nie śmieją to sobie myślę „Cholera, nie śmieją się!”. (śmiech) Ale zdarza się też tak, że ktoś się zaśmieje w momencie który nie miał być zabawny i myślisz sobie: „Hmm, fajnie.” To są emocje, które rzeczywiście pobudzają i dają ogromną satysfakcję. Kiedy oglądasz film setny raz, to już nie widzisz fabuły ani nawet formy. Oglądając razem z publicznością masz szansę na nowo go przeżyć. Zastanawiam zawsze się jak będą wyglądać twarze ludzi kiedy będą oglądać mój film. To mnie motywuje do tego, żeby go znowu oglądać (śmiech).


Q: Skąd wziąłeś aktorów: robiłeś castingi, czy są to twoi znajomi?


A: Odkryłem siłę facebook'a. Wcześniej odkryłem też siłę innych stron i forów zrzeszających filmowców, ale w tym wypadku rzeczywiście pomógł mi facebook, z tym że raczej przy epizodycznych rolach. Zamieściłem ogłoszenie, że szukam ludzi i zgłosiło się naprawdę dużo osób.


Q: Możemy zdradzić, że zagrało 3 znanych aktorów, m.in. Magda Waligórska. Jak udało Ci się do nich dotrzeć?


A: Z Magdą Waligórską, znaną szerokiej publiczności z roli Wioletki w „Ranczu”, znamy się już od ładny paru lat. Kończyliśmy to samo liceum. Nie w tym samym czasie, ale poznaliśmy się poprzez szkołę. Magda zagrała u mnie też we wcześniejszym filmie, który zrobiłem jeszcze na studiach. Od początku wiedziałem, że będę chciał zaproponować jej tę rolę i cieszę się bardzo, że zgodziła się wystąpić.


Q: A główny aktor, Dariusz Wieteska?


A: Z Darkiem poznałem się na studiach. On uczył się w szkole Machulskich, zaprzyjaźnionej
z AFIT-em i grał w paru filmach moich oraz moich kolegów, przy których współpracowałem jako asystent. Nawet zagrałem kiedyś z Darkiem w jednym z nich. To była absurdalna scena. Darek grał jaskiniowca a ja jaskiniowego akwizytora, który sprzedawał odkurzacze.


Q: A jaka jest twoja metoda pracy z aktorem?


A: Cóż, można przeczytać dużo mądrych książek, ale w warunkach bojowych i tak jest się zdanym właściwie na siebie. W tym sensie, że ja na przykład przez pierwsze dwa czy trzy filmy, które robiłem w szkole, miałem wrażenie, że aktorzy reżyserują się sami i niespecjalnie zwracają na mnie uwagę. To dosyć normalne, bo wiadomo, że nikt nie zaufa do końca młodemu chłopakowi, który dopiero zaczyna i widać, że nie w pełni jeszcze wie „z czym to się je”. Allen mówi, że on nie po to zatrudnia swoich aktorów żeby nie wiedzieli jak mają coś zagrać. Ja też bardzo lubię aktorów intuicyjnych; nie lubię takich których trzeba prowadzić za rączkę. Robię sobie oczywiście taki egzemplarz reżyserski scenariusza, czyli do każdej kwestii mam powypisywane wszystko: motywacje, emocjonalne zagadnienia, które temu towarzyszą, ale to mi się na planie nie przydaje, robię to bardziej dla siebie. Moja praca z aktorem tak naprawdę odbywa się w całości przed zdjęciami. Rozmawiamy bardzo długo o postaci: kim ona jest, skąd się wzięła, jakie są jej relacje  z pozostałymi bohaterami, jakie jest jej miejsce w tym świecie, jakie są jej marzenia. Zawsze robię aktorom kwestionariusz: mają sobie odpowiedzieć na pytania jakiej muzyki słucha ich bohater, jakie książki czyta, czy lubi żeby mówić do niego zdrobnieniem, jakieś takie bardzo podstawowe rzeczy. Potem bardzo długo rozmawiamy też o świecie przedstawionym, o czym jest film. Na samym planie mają miejsce już tylko drobne poprawki.


Q: Jak udało Ci się pozyskać fundusze na film?


A: Istnieją różne granty, ale tu trzeba myśleć bardzo do przodu, i często trudno jest wstrzelić się
w konkretne terminy składania wniosków. Budżet był zbierany przeze mnie sukcesywnie przez rok. To co udało mi się zarobić po części odkładałem, również stypendium naukowe na UW. W ten sposób odłożyłem tych pieniędzy, no – trochę (śmiech). Ale po zdjęciach powiedziałem sobie, że już nigdy więcej nie robię filmu za swoje pieniądze, bo to jest stres niemal nie do wytrzymania.
W tym momencie już zbieram na kolejny…



Piotr Rzepka – absolwent scenariopisarstwa i reżyserii na Akademii Filmu i Telewizji  w Warszawie, student kulturoznawstwa – wiedzy o kulturze na Uniwersytecie Warszawskim. Scenarzysta i reżyser filmów krótkometrażowych, script doctor, konsultant scenariuszowy. Na podstawie jego scenariuszy realizowano filmy m.in. w Krakowskiej i Londyńskiej Szkole Filmowej; współpracuje jako scenarzysta z firmami zarówno w Polsce jak i we Francji oraz
w Niemczech. Laureat nagród na festiwalach kina niezależnego za filmy „Każdy ma swoje kino” i „Rozmowy ze śmiercią”. Pasjonat historii filmu i dwudziestolecia międzywojennego.

Rozmawiały:

Monika Augustyniak

Anna Kraszewska

Marta Popławska

(Sekcja Filmu Studenckiego Koła Kulturoznawczego UW)



Więcej o filmie "Południk Zerowy" na:

http://filmpolski.pl/fp/index.php/1233898

www.facebook.com/poludnikzerowyfilm 









Kategoria: Wywiady | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:
Piotr Rzepka Południk Zerowy Wywiad



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--