Zaginiony symbol


       Masoneria to organizacja rozgrzewająca społeczną wyobraźnię do granic możliwości. Dla jednych: symbol spisku, którego potężne macki zagrażają stabilności świata, tudzież znakomita karta przetargowa w politycznych przepychankach: oskarżenie oponenta o przynależność, przez lata stanowiło skuteczny sposób zdyskredytowania go w oczach wyborców.

Ale są i tacy, dla których masoni to Prometeusze ludzkości, niosący postęp w imię ideału braterstwa.


      Jeżeli Dan Brown ma coś wspolnego z masoneria, to jest to powodowanie wrzenia w kotle opinii społecznej. Nie ma chyba człowieka, który nie miałby własnego poglądu na temat jego osoby. Własnej, nie musi koniecznie oznaczać wyrobionej na podstawie bezpośredniego kontaktu z jego twórczością.

Są tacy, którzy obwołują Browna szarlatanem, usilnie starając się zdyskredytować przekazywane przezeń treści. Dotyczy to głównie faktów historycznych, którymi tomiszcza Browna są bogato inkrustowane. I pewnie nieco słuszności leży po stronie tych oburzonych.

      Bo Dan Brown jest jak Wikipedia. Bombarduje nas olbrzymią ilością naukowych informacji. Ale zanim z nich skorzystamy, choćby dla zabłyśnięcia smakowitą ciekawostką na spotkaniu towarzyskim, koniecznie musimy skonfrontować je z innym źródłem. I to źródłem tym razem wiarygodnym, bo książki Browna to – nawet przy najbardziej wyrozumiałym podejściu – nie podręczniki historii ani nauk ścisłych.

       Równowaga w przyrodzie musi być zachowana, są więc też tacy, którzy traktują Browna niczym proroka naszych czasów, sczytując każde napisane przezeń słowo niczym Słowo objawione. Sama miałam okazję słuchać o przypadkach – nie wiem, czy prawdziwych, na pewno prawdopodobnych – utraty wiary po konfrontacji z jego pierwszą książką, Kodem Leonarda da Vinci.

      A ja mówię: należy zachować zdrowy rozsądek. Po co gorączkować się tym akurat tekstem, analizując go słowo po słowie w poszukiwaniu prawd, półprawd i ewidentnych przekłamań. Potraktujmy tę książkę, jako czystą rozrywkę. Takie podejście zaoszczędzi niepotrzebnych negatywnych emocji, za to przysporzy niemało uciechy.

     Z ręką na sercu przyznaję, że za lekturę zabrałam się z pewną dozą sceptycyzmu. Wcześniejszych części nie czytałam, nabierając dystansu do twórczości Browna na skutek entuzjastycznych ochów i achów masowo docierających zza Oceanu Atlantyckiego. Moja sceptyczna postawa została przykładnie ukarana niemożnością oderwania się od książki, mimo trwającej w najlepsze sesji egzaminacyjnej.

Może i Brown oszukuje troszeczkę, ale ja na bycie oszukiwaną w ten sposób świadomie przystaję, jeśli skutkiem tego co pięć minut obiecuję sobie, że za kolejne pięć tym razem już na pewno zgaszę światło, po najwyższa ku temu pora dawno minęła.


Zaginiony symbol jest jak porządny serial. Nie ten z gatunku tasiemców puszczanych od świtu do godzin obiadowo – kolacyjnych. Najnowsze przygody Roberta Langdona są jak serial z wyższej półki, emitowany wieczorową i nocną porą. Odcinek kończy się dokładnie w momencie, w którym z emocji bliscy jesteśmy pogryzienia palców, bo paznokcie już dawno się skończyły.

Identycznie ma się sprawa z rozdziałami u Browna. W tym wypadku zaletą jest możliwość natychmiastowego zaspokojenia ciekawości. Zaleta staje się wadą, gdy zaspokajanie ciekawości zaczyna kolidować z elementarnym podtrzymywaniem funkcji życiowych, typu spożywanie posiłków.

Cóż, fakt, iż akcja rozpisana na ponad sześćset stron, obejmująca zaledwie dwanaście godzin, ani na moment nie staje w miejscu, mówi sam za siebie...


Marta Popławska




 


Kategoria: Recenzje książek | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus
Tagi dla tej recenzji:



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--