Niewiele było w polskim kinie prób mierzenia się z prowokacyjnie brzmiącym tematem  (homo)seksualności wśród duchownych. Problematyka ta, na co dzień bulwersująca opinię publiczną, znajdywała dotąd zainteresowanie raczej w publicystyce aniżeli filmie. Tym większa nadzieja, że „W imię…” nakłoni artystów do dyskusji nad kondycją rodzimej mentalności. Nie chodzi jednak o to by film Szumowskiej zawłaszczony został przez grząskie kategorie spod znaku gender, ale o realną możliwość dialogu w ramach odmiennych światopoglądów.

Podstawą do snucia opowieści jest tu historia księdza-jezuity (Andrzej Chyra), który podobnie jak bohater „Śmierci w Wenecji” Tomasza Manna czuje pociąg do nastoletnich chłopców. Bohater Szumowskiej okazję ma tym większą, że wraz z Michałem  (niedoceniany Łukasz Simlat), współtworzy ognisko dla tzw. „trudnej młodzieży”. Przed tą skłonnością próbuje bezskutecznie uciec w stan kapłański. W przeciwieństwie do Aschenbacha, uczucie Adama do „Dyni” (Mateusz Kościukiewicz) nie jest platoniczne. Walka z pokusami odbywa się pod czujnym okiem miejscowej ludności, a zwłaszcza wychowanków, którym nie umknie słabość duszpasterza.  

 


Kino to z konieczności pełne jest społecznych odniesień. Rozciąga się tu całe spectrum rodzimych bolączek. Marazm prowincji, lejący się strumieniami alkohol, brak perspektyw. Na pierwszy plan przedostaje się jednak problem obarczonej tabu homoerotycznej miłości. Za sprawą oszczędnej gry aktorskiej, wykreowane postaci brzmią i wyglądają autentycznie. Andrzej Chyra ponownie udowodnił, że obsadzanie go stale w tej samej (szczęśliwie dobranej) roli jest przepisem na sukces. Jego bohater, pełen gorzkiej niejednoznaczności, zrywa z mitem świątobliwego duszpasterza, dzięki czemu brak w filmie pełnych jałowego sentymentalizmu ukłonów w stronę widza. Szumowska wie doskonale, że podzieli tym obrazem publikę. Jej bohaterowie mają żywy koloryt. Nie są jednak ani dobrzy ani źli. Tacy tylko bywają. Kluczem do zrozumienia  okazuje się uchwycenie ich dychotomii. To mur odgradzający ich od siebie, testujący siłę wzajemnych przekonań,. Nie ma tu więc miejsca na oceny, na etyczny monopol. To niełatwe do zdefiniowania postaci. Szumowska ucieka od modelowych uogólnień, na rzecz niepewnej emancypacji. Ten film, to pojmowanie bycia w kategoriach odgrywanej roli, nieustannej adaptacji. Wszyscy oni skazani są na wykluczenie poza kontekst wielkomiejskiej przestrzeni, złaknieni bliskości, bycia z drugim człowiekiem. Świetne wrażenia robią przy tym zdjęcia Michała Engerta, który od lat tworzy z Szumowską zgrany duet. Dzięki niemu otrzymujemy przestronne kino, mieszczące w sobie całą ambiwalencję polskiej prowincji z jej ułomnościami i pięknem.

Szumowska swoim najnowszym filmem wbija kij w mrowisko. Wbrew obiegowej opinii nie podejmuje sie rozliczeń z sytuacją w polskim kościele. Nie przyświeca jej chęć demaskacji. „W imię …” to kameralny dramat, który stawia raczej pytanie o sens działania w warunkach deterministycznej pułapki. Chciałabym móc powiedzieć, że dzięki takim obrazom historia się indywidualizuje, demokratyzuje na oczach swoich bohaterów i ich spojrzeniem, ale to chyba wciąż puste hasło bez pokrycia. 

 

 Tekst: Marta Czapnik

Foto: materiały prasowe

 

 

 

 

 


 

 



Kategoria: Recenzja filmu | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--