Rockowe walentynki z Lady Pank w Stodole


Walentynki na koncercie jednego z najpopularniejszych zespołów w historii polskiego rocka okazały się strzałem w dziesiątkę. Dobra muzyka i co za tym idzie zabawa, pozytywna dawka energii i sentymentalna podróż w przeszłość – tego można było doświadczyć  w Klubie Stodoła 14 lutego br.

Tego wieczoru klub pękał w szwach. Od godziny 19-tej można było do niego wchodzić, a kolejka ciągnęła się długo zarówno w czasie jak i w przestrzeni. Przybyły rzesze fanów legendarnego zespołu reprezentujących różne pokolenia. Można z całą pewnością mówić o powrocie fali popularności Lady Pank i o dobrej kondycji lidera i wokalisty: Jana Borysewicza i Janusza Panasewicza. Na scenie zagrali również: Kuba Jabłoński (perkusja), Krzysztof Kieliszkiewicz (gitara basowa) i Michał Sitarski (gitara elektryczna). Zaczęło się od „Du du”, a skończyło na „Na na”. W międzyczasie zgromadzeni licznie w Stodole walentynkowicze przeżyli niezwykłą podróż w czasie, począwszy od lat 80-tych aż do chwili obecnej. Zespół zagrał swoje największe przeboje, a było ich naprawdę dużo – Lady Pank gra i śpiewa już ponad trzydzieści lat i robi to świetnie. W trakcie koncertu można było oprócz wokalu podziwiać znakomite partie solowe perkusisty i gitarzystów. Drugim utworem zaśpiewanym na koncercie były „Zamki na piasku” z lat osiemdziesiątych. Przebojami tej samej dekady były m.in.: „Fabryka małp”, „Kryzysowa narzeczona”, „Tańcz, głupia tańcz”, „Mniej niż zero”, „Sztuka latania”, „Marchewkowe pole”, „Zostawcie Tytanica” i „Mała wojna” i „Tacy sami”. Większość z nich publiczność znała na pamięć i śpiewała wspólnie z wokalistą. Utworów z lat dziewięćdziesiątych było mniej, ale to także same przeboje. Było: „7-me niebo nienawiści”, „Jak igła”, nastrojowe „Zawsze tam, gdzie ty” i zaśpiewane na bis „Na co komu dziś” i „Na na”. Z nowszego repertuaru grupy usłyszeliśmy „Stację Warszawa” i utwory z ostatniej płyty Lady Pank pt. „Maraton” z 2011 r., a wśród nich m.in.: „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą” i balladę „Freedom Time”. Dziewczyny rzeczywiście nie tańczyły w parach, ale tylko dlatego, że nie było na to miejsca na sali, a czas spędzony na koncercie kojarzył się mimo braku przestrzeni z wolnością. Było dużo dobrej muzyki, która dała publiczności sporą dawkę pozytywnej energii. Można było poszaleć i pośpiewać jak kiedyś. I nie dziwne, że nam nie chciało się iść do domu, mieliśmy ochotę dziś czadu dać – jak w piosence na bis.

Tekst: Ewa Balana

foto: materiały  prasowe

 



Kategoria: Recenzje muzyczne | Źródło:  Redakcja Kulturalnie.waw.pl | Cena:  darmowa
Kolportaż:  internet




comments powered by Disqus



redakcja / kontakt | reklama | linki | regulamin i polityka prywatności| korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies
--